wtorek, 20 października 2015

Kamuflaż w płynie - nowość od Catrice

Słynny korektor camouflage od Catrice znają i maja chyba wszyscy. Jeden z najtańszych i najbardziej kryjących kosmetyków drogeryjnych. Zamknięty w małym, czarnym słoiczku, mieszczącym się do każdej kosmetyczki. Poręczny, w pełni wywiązujący się z zadań, jakie stawia przed nim rzesza kobiet od nastolatek, po dojrzałe panie, w końcu, nareszcie doczekał się swojego następcy! :DDD
Liquid Camouflage to dla mnie ulepszona wersja, choć zdawałoby się, że lepiej być już nie może! Otóż - może. Opakowanie, mimo że mniej nieoczywiste, z pewnością jest bardziej higieniczne i po prostu wygodne. Aplikatorem łatwo dotrzeć w niektóre zakamarki naszej skóry, a i poprawki, w ciągu dnia, na mieście nie stanowią już dla nas żadnego problemu. 
Krycie, czyli cecha najważniejsza tego produktu, pozostało niemal bez zmian. Tak, wersja w płynie kamufluje nieco mniej, tylko, czy to aby na pewno minus? Wydaje mi się, że absolutnie nie. Tuszuje wszelkie mankamenty skóry tak jak poprzednik w słoiczku, z tą różnicą, że nie jest aż tak ciężki, aż tak tępy, choć niestety równie szybko na skórze zasycha, więc aplikacja powinna być ekspresowa. 
Dla mnie te dwa korektory to niemal jedno i to samo. Rzadko zdarza się, że ulepszanie kultowego produktu wychodzi na dobre, a tu psikus. Liquid w moim odczuciu to kwintesencja wszystkich zalet słynnego, czarnego słoiczka od Catrice. 

czwartek, 8 października 2015

Odkrycie miesiąca - Maybelline Dream Touch blush

Mimo że tutaj jestem beztroską, młodą kobietą, która porusza głównie błahe, kosmetyczne wątki, w normalnym życiu niestety już nie zawsze jest tak kolorowo, o czym pewnie wszystkie dobrze wiecie. Dlatego też potrzebowałam przerwy, potrzebowałam czasu, aby do mojej głowy wróciła chęć do blogowania i satysfakcja z tworzenia nowych postów. Z przyjemnością mogę Wam oznajmić w ten piękny, choć cholernie zimny dzień, że wróciłam! :)
Recenzji pojawi się cała masa - trochę się tego wszystkiego nazbierało. Było sporo zachwytów, odkryć i też trochę rozczarowań. Ale zacznę od tych pierwszych, a konkretnie od różu idealnego na te chłodne dni. Idealnego do skóry suchej i niemal idealnego do każdego typu urody. 
Maybelline Dream Touch to róż zamknięty w bardzo estetycznym, małym słoiczku. Niesamowicie podoba mi się taka forma opakowania - prosto, przejrzyście i nie wygląda tandetnie. Posiadam odcień nr. 5 Mauve, który pozornie może wydać się nam chłodnym różem, rodem ściągniętym z policzków samej Barbie, aczkolwiek gdy tylko naniesiemy go na skórze, zobaczymy fakt - dosyć jasny, ale z wyraźną nutą ciepła, odcień emitujący naturalny rumieniec. 
Róż jest w kremie, dzięki czemu dostajemy duże pole manewru, jeśli mamy w głowie wizję efektu, jaki chcemy osiągnąc. Spokojnie panujemy nad jego intensywnością, która bądź, co bądź zła nie jest. Kiedy nałożymy nieznaczną ilość z pewnością uzyskamy dziewczęcy look w stylu nomakeup, ale bez problemu też zrobimy z siebie matrioszkę :D
A pomijając te wszystkie indywidualne preferencję, zdradzę Wam dlaczego ten kosmetyk zagościł u mnie na dłużej. Otóż po aplikacji skóra wygląda świeżo. Nie mamy podkreślonych żadnych suchych skórek, a róż nie wchodzi w zmarszczki, czy inne załamania. Jest niczym lekka mgiełka otulająca nas rumieńcem. Mało tego - ta mgiełka w przeciwieństwie do róży w kamieniu, nie wysusza skóry jeszcze bardziej, a przy takiej pogodzie o to nie trudno. Mogłabym ponarzekać jedynie na trwałość, bo róż nie przetrwa całego dnia w pracy, czy całej nocy w klubie, ale można mu to wybaczyć, bo schodzi równomiernie, nie tworząc plam. Z przyjemnością sięgnę po pozostałe odcienie.