Czasami wydaje się nam, że doświadczyliśmy już tak wiele złego, że gorzej być nie może. Czasami też myślimy o sobie jako o najbardziej skrzywdzonej jednostce na świecie. Czasami pogrążamy się, myśląc o tym, co złe, o tym co jeszcze nas nie spotkało, ale przecież może. Sami zamykamy sobie drzwi do szczęścia i uśmiechu, sami siebie dręczymy. Zapominamy, że absolutnie zawsze może być gorzej, że wiele ludzie, nie, nie tych z filmów, tylko tych, których codziennie mijamy w autobusie, w drodze do pracy, szkoły, domu, ma gorzej. Choć próbujemy, nie umiemy żyć chwilą, a później dostrzegamy, ile nas ominęło. Nic nie dzieje się bez przyczyny, los za każdym razem daje nam znaki, nakazuje puknąć się w głowę, otrzeźwieć i cieszyć z życia. Za każdym razem. A gdy już widzimy te usilne sygnały, często jest za późno. Wtedy już nie istnieje to, czego nie doceniliśmy. I dopiero zaczynamy doceniać, by za pewien czas znów wejść w rolę ignoranta. Wszyscy jesteśmy takimi ignorantami, tylko mała garstka tych ignorantów walczy o jakość swojego życia.
Kończę na dziś moje smuty, a upustem dla nich będzie seans filmowy, który sobie zafunduję. Jeśli tak jak ja, macie ochotę wypłakać się, oczyścić swoje emocje, to zapraszam do wspólnego oglądania. Dziś wybrałam sobie trzy filmy, nie wiem, czy podołam, czy starczy mi łez (szybko się rozklejam), ale dwa na pewno obejrzę. Zacznę od "Gdy przyjaźń zabija", czyli od filmu o jednej z moich ulubionych tematyk - zaburzenia odżywiania, następnie "Anioł przy moim stole" i ostatni "Charlie St. Cloud".
A może Wy polecicie mi dobry wyciskacz łez? Z pewnością przychylę się do Waszych propozycji i zastąpię nią jedną z moich. Miłego wieczoru Wam życzę i dużo, dużo uśmiechu :)


