środa, 5 listopada 2014

Moje eksperymenty z sodą oczyszczoną - skóra, włosy i zęby. Prawda czy mit?

O sodzie możemy przeczytać naprawdę wiele artykułów. Jedni przed nią ostrzegają, inni zbyt pochopnie zachwalają. Z racji tego, że lubię eksperymenty na własnej skórze, postanowiłam sprawdzić, jak działa nie tylko podczas szorowania brudnych naczyń, ale też w kontakcie z włosami, ciałem i oczywiście - zębami. Obyło się bez podrażnień i innych skutków ubocznych, uff. 

Soda a zęby. Wybiela? Prawda
Dodając odrobinę sody do pasty, możemy liczyć na wybielenie zębów. Jednak istnieje haczyk. Jest to efekt naprawdę krótkotrwały i chyba niewarty zachodu. Soda zdejmie osad z płytki zęba, dokładnie oczyści, lekko wybieli, ale żeby cieszyć się białymi zębami musiałybyśmy jej używać codziennie, co byłoby głupim pomysłem i w przyszłości z pewnością byśmy żałowały. Może raz na jakiś czas, przed większym wyjściem, gdy malujemy usta czerwoną szminką i zależy nam na bieli zębów..może.. sporadycznie. 

Soda a oczyszczanie włosów? Prawda
Raz na dłuższy okres czasu łyżka sody wymieszana z szamponem, kremem do włosów, odżywką pomoże nam porządnie oczyścić włosy, dzięki czemu następnie nakładane kosmetyki będą lepiej w nie wnikać. Przy regularnym stosowaniu soda zamiast pomóc, zaszkodzi, okropnie włosy wysuszając. 

Soda jako peeling? Prawda
Najlepiej soda sprawdziła się w moim przypadku na twarzy, dodana do treściwego kremu. Taka forma peelingu sprawiła, że skóra została nie tylko oczyszczona, ale też matowa i przyjemniejsza w dotyku. Dodam, że mam skórę wrażliwą i nie zauważyłam żadnych podrażnień. Ze wszystkim trzech eksperymentów ten uważam za najbardziej udany i satysfakcjonujący mnie w stu procentach. Raz na tydzień, czy dwa, peeling sodowy wchodzi do mojej pielęgnacji twarzy. 

Ze swojej strony potwierdzam działanie sody zarówno na skórę, włosy jak i zęby. Myślałam, że znajdę jakiś mit, ale nie.. Soda oczyszcza bez względu na miejsce, w jakim wyląduje.  

poniedziałek, 3 listopada 2014

Bo czasem życie trzeba osłodzić..

Tak sobie czekam i czekam, aż to moje życie troszkę się wyprostuje, ale chyba za bardzo nie chce. Cóż, poczekam cierpliwie, oglądając w tym czasie kolejne odcinki True Blood. Jestem na jakimś żałosnym etapie i nawet szczerze to przyznaję. Kombinuję w tym swoim życiu i kombinuję i nie wiem, czy już przesadziłam, czy jeszcze nie. Trochę to wszystko trudne i poszłabym do cukierni po ulubioną bajaderkę z marcepanem, poprawiłaby humor. Tylko już cukiernia zamknięta, więc może zrobię dobrą jajecznicę i udam, że ten dzień był naprawdę dobry. Jesienne doły nastały. 

Dziś przyszłam do Was z czymś słodkich i cukierkowym, niemal przypominającym kosmetyki dla lalek Barbie. Ale spokojnie, to tylko Lip Smacker'sy, które choć troszkę poprawią zły humor. Ja mam dwie wersje Pinky (Vanilla, Sugar, Pink) oraz Vanilla Coconut. I obie są świetne. 

Różowy kojarzy mi się z waniliową babeczką jogurtową. Jest wręcz mdlący, a taki przyjemny. Wyczuwam też jakąś lekko kwaśną nutę, jakby jagoda. Wyjątkowo niesprecyzowany zapach, wielopoziomowy. Natomiast żółty to istna wanilia z kokosem, subtelna, delikatna, bez większego zaskoczenia. Pachnie zupełnie tak, jak sobie to wyobrażałam. 

Lip Smackery w tym przypadku (nie wiem, jak w innych) nie różnią się od siebie . Fakt, inaczej pachną, ale to jedyna różnica. Oba są bezbarwne i dosyć długo utrzymują się na ustach, podkreślając ich naturalną barwę, nadając blask i zdrowy wygląd. Nie oceniałabym jednak zbyt wysoko właściwości pielęgnacyjnych tych balsamów. Nie są gorsze od masełek Nivea, czy nawet Carmexu, ale Blistex, Tisane, czy Nuxe moim zdaniem kategorycznie nad nimi przeważają, choć z pewnością nie są tak urocze. Koszt to zaledwie niecałe 10 zł, więc warto mieć taki poprawiacz humoru w torebce. Dopełni codzienny makijaż i mimo że nie zregeneruje ust przesuszonych, dobrze zaopiekuje się tymi bezproblemowymi. Dodam jeszcze, że balsamy niestety - smakowe nie są.