poniedziałek, 5 maja 2014

Wstydliwy, a jakże powszechny problem

Witajcie! Jestem po pierwszej maturze i moje wrażenia są skrajne. Nie było tak źle, ale nastawiona na wiersze, strasznie się przeliczyłam. Dostałam bowiem do wyboru "Potop" i "Wesele". Decyzja była prosta i padło na dramat Wyspiańskiego. Okrutnie jestem zawiedziona na samej sobie i nie wiem, co myślałam, twierdząc, że klasyka mnie ominie. W każdym razie - jestem dobrej myśli, chociaż czytanie ze zrozumieniem było zrozumiałe. Jutro matma, trzymajcie kciuki! Jeśli wśród Was są maturzyści - jestem z Wami i życzę Wam powodzenia. Oby po weselu poprawin nie było jednak :DDD
W wolnej chwili postanowiłam Wam napisać o rewelacyjnym gadżecie, który był dodatkiem do mojego prezentu. (:*) Niezwykle trafnym dodatkiem! Każdy kobieta powinna mieć to cudeńko w swojej torebce. Mężczyznom właściwie, też by się przydały. Bibułki matujące do twarzy Ingota nie zajmują wiele miejsca i są w estetyczny, eleganckim, czarnym, papierowym opakowaniu (się rozpisałam :D). Są bardzo cienkie i niestety łatwo je trochę powyginać, ale nie porwać. 
Sposób użycia jest banalny. Wystarczy jedną bibułkę przyłożyć do twarzy i chwileczkę poczekać. Dosłownie parę sekund. Nadmiar sebum osiądzie na bibułce (a ona zmieni kolor z białego na przezroczystą) i nasza twarz pozostanie matowa jak po zastosowaniu dobrego pudru. Przy tym - nie wysuszymy cery, ani w żaden sposób jej nie podrażnimy. Produkt jest w zupełności neutralny. 
Oczywiście, owego pudru nie zastąpią bibułki, ale w sytuacjach, gdy nie mamy czasu wywijać pędzelkiem po twarzy, warto po nie sięgnąć. Mi bardzo pomagały w pracy, kiedy to na przerwie musiałam w tempie ekspresowym przywrócić mą twarz do porządku. 
Zastanawiam się, czy nie wypróbować bibułek z innych firm. Może coś polecicie? 

sobota, 3 maja 2014

Wielkie rozczarowania kwietnia + tydzień w zdjęciach :)

Cześć! Czasu przed maturą jest już bardzo mało, a ja przyznam się, że nie mam nawet prezentacji maturalnej. Tak, wiem, jak tak można - można. Do piątku mam czas, od poniedziałku natomiast rozpoczynam walkę z arkuszami. Może się mylę, ale czuję, że to nie będzie wcale aż tak trudne, jak teraz nam się wydaje. Za chwilę lecę tworzyć ramowy plan prezentacji, jak i samą prezentację + będę oglądać Grę o Tron, jednak zanim to nastąpi, chcę się Wam trochę wyżalić na ten piękny świat. 
Zacznę od kosmetyków. Im bogatszy mój portfel, tym częściej dochodzi do nieplanowanych zakupów, co skutkuje moim niezadowoleniem. Buble przewijają się w moich kosmetyczkach ostatnio zbyt często. Jest nim niewątpliwie nowość L'Oreal, porównywana, o zgrozo do Revlonu! Infallible 24H to podkład przyciągający uwagę - klasyczne, eleganckie opakowanie, przyjemna cena (ok. 40 zł ), w miarę naturalne odcienie. Gorzej jest, gdy już ten produkt nałożymy na buźkę. Owszem, wciąż przyciąga uwagę, ale tylko i wyłącznie, dzięki pomarańczowej mgiełce, która nas otacza. 
prawda, że pomarańcza? ;)

Krycie średnie, konsystencja całkiem fajna - dobrze się rozprowadza, początkowo stapia. Niestety problem tkwi we współpracy podkładu ze skórą. Po kilku minutach zmienia on swoją barwę, ciemnieje i zamiast ciepłego, naturalnego beżu, który podkreśli naszą opaleniznę, mamy totalną skwarę. 
Kolejnym moim zawodem jest szampon i odżywka (ok. 30 zł/ sztuka) mojej ulubionej marki - John Frieda. Z każdej serii byłam zadowolona, z każdej! Ta, najnowsza to dla mnie istny koszmar. Frizz Ease wydawała mi się stworzona na potrzeby moich włosów. Producent obiecywał wygładzenie, nawilżenie, ułatwienie prostowania, przyjemniejsze układanie... i nic. Poczułam na głowie wyłącznie obciążenie. Czasami miałam nawet wrażenie, że moje włosy są sklejone, nieświeże, po prostu okropne. Mogę spokojnie ten duet nazwać największym rozczarowaniem ostatnich miesięcy. 

Narzekania na dziś koniec. Kilka luźnych informacji z ostatniego tygodnia :)
Nabyłam tę maseczkę w Rossmannie. Strasznie mnie ciekawi, no i przyznam szczerze - kompozycja z truskawką skutecznie mnie przyciągnęła. Cena: ok. 1,70 zł
Przez zbliżającą się maturę, przeczytałam całkiem ciekawą książkę - "Przekleństwa niewinności". Szału może nie ma, jednak jest dosyć specyficzna i zostaje w pamięci. Myślę, że warto przeczytać ją, gdy mamy wolny wieczór i szukamy czegoś innego. Od kilku dni nosze mój ukochany suwaczek :DDD
Nie tak dawno próbowałam zrobić coś a'la brownie, ale nie wyszło.. Miało być wilgotne, miało być czekoladowe, miało być niskie i mega słodkie, jednak..nie aż tak! :O Po wszystkich świątecznych i nieświątecznych obżarstwach słodyczami, wróciłam na zdrowy tryb i postanowiłam wcinać bardzo ostre, warzywne zupki, które podkręcą nieco metabolizm.
Pozostając przy zdrowym odżywianiu, chcę Wam zaprezentować bardzo fajne aplikacje na telefon. Nazywają się "Dziennik Posiłków" i "Dziennik Posiłków Lite". Mamy tam bazę wielu produktów, ich wartości odżywcze, mało tego, możemy wyliczyć swoje zapotrzebowanie, dodawać posiłki, całe jadłospisy, dodawać nowe produkty. Świetna sprawa, jeśli mamy problem z kontrolowaniem kalorii :)
Na koniec pokazuję Wam kawałek moich ulubionych perfum - pewnie domyślacie się których :) I zdjęcie z mini spa dla rąk :D Puder do kąpieli dla dłoni z BingoSpa to moim zdaniem ich najlepszy produkt.

Miłego wieczoru, właściwie nocy Wam życzę!