Ostatnio poczyniłam niemałe zakupy kosmetyków do ust. I oto, przyszedł czas na pierwsze marudzenie, pierwszy niewypał, pierwsze ogromne rozczarowanie.
Matowy błyszczyk do ust, który właściwie ma przypominać szminkę - Lasting Extra od Lovely (nr. 3), posiada w sobie też coś ze znanych nam tintów. Może to konsystencja, niezwykle rzadka, zasychająca..? Odcień jest mocno napigmentowany, wręcz piękny. Przy pierwszej aplikacji będziecie zaskoczone - zapachem, sposobem w jaki otacza nasze usta, matowym, ale też wygładzającym wykończeniem. Co więc jest w nim nie tak? Dlaczego zupełnie się zniechęciłam?
Małe problemy są podczas aplikacji, gdyż kosmetyk rozlewa się nam poza granicami ust. Ale to nic takiego, wprawiona ręka, szybko to opanuje..do pewnego momentu.. W prawdziwych tarapatach jesteśmy, gdy posmarujemy usta tym błyszczykiem i pewne jego trwałości, wyjdziemy na choćby chwilę z domu. Kiedy produkt schodzi z ust, a dzieje się to po minucie po nałożeniu, nie wiem, jak to możliwe, ale on się wręcz roluje na wargach! Coś strasznego! Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Miałam przez moment wrażenie, jakbym zrobiła sobie peeling, bo zrulowane cząsteczki błyszczyku zmieniły się w ostre kuleczki.. Już chyba nie muszę wspominać, że na ustach prócz konturu nic nie zostało...
Początkowy zachwyt stał się ogromnym rozczarowaniem. Myślałam, że za niską cenę (ok. 4 zł - po promocji), udało mi się wyłapać perełkę! Nic bardziej mylnego, niestety... bo byłoby tak pięknie...Nawet na zdjęciach nie byłam w stanie uchwycić go w najlepszym momencie, bo od razu po nałożeniu dawał się we znaki... Co za bubel! :O A może z jaśniejszymi odcieniami jest lepiej? Jakie macie doświadczenia?



















