Czasami zdarza mi się spotkać fajną kobietkę w Hebe. Dzieje się to niezwykle rzadko, dobra, raz mi się udało. Nigdy, naprawdę nigdy tak świetnie mi się nie rozmawiało. I owa rozmowa przedłużała się, a ja brałam coraz więcej rzeczy..i tak jakoś wyszło, że do kasy pomaszerowałam z błyszczykiem, którego w życiu bym nie kupiła, ale jednak kupiłam. Ma masę drobinek, jest nieznanej mi firmy - to dwie cechy, najczęściej wykluczające u mnie dany kosmetyk. Zrobiłam wyjątek, dobrze, że zrobiłam :)
Misslyn możliwe, że tylko mi jest nieznana. Kiedy pojawiła się w drogerii, jakoś nie miałam ochoty jej wypróbować. Niczym mnie nie zachęcała - oczywiście nie była też odrzucająca. Po prostu według mnie nie wnosiła niczego nowego. Teraz, gdy trochę przy niej pochodziłam, popatrzyłam, stwierdziłam, że opakowania są niczego sobie - eleganckie, niezłej jakości.. Wpadł mi też w oko błyszczyk, rzekomo powiększający ust i postanowiłam spróbować. Nie spodziewałam się szału, a tu proszę!
Jego numerek to 55, new lover. Określiłabym go jako jogurt jagodowy, bo to jednak taki fiolet rozbielony. Z mnóstwem drobnych drobinek, przeważnie złotych. Idealny będzie na lato, kiedy promienie słoneczne będą odbijać się w naszych ustach, a pomalowanie ich będzie stanowiło główny element make'upu.
Ładnie kryje, jest dosyć gęsty, dobrze się nakłada. Niestety nieco skleja, choć to jedyna wada, jaką zauważyłam. Nie wysusza i trzyma się naprawdę nieźle przez kilka godzin. Drobinki nie wyglądają tandetnie, tylko tworzą razem coś przypominającego taflę. Ona z kolei optycznie nieco powiększa usta. A może tylko tak mi się wydaje? Nie wiem, w każdym razie jestem pewna, że był to trafiony zakup!













