Małe sprostowanie - najbardziej dziewczęca. Tak właśnie opisałabym tę szminkę o unikatowej formule łączącej w sobie zarówno klasyczny balsam, jak i nieco błyszczący lip gloss. Maybelline Color Whisper to seria, która wzbudziła niemałe zainteresowanie wśród blogerek, zresztą, wcale się nie dziwię. Kuszą piękne odcienie, obietnice producenta i całkiem atrakcyjna cena.
Ja nie wpadłam w zakupowy szał, zdecydowałam się tylko na jeden odcień, 160 Rose of Attraction. I gdybym nie spojrzała w kosmetyki siostry (tak, wiem, to już drugi raz! trzeciego nie będzie :)), przepiękny kolor Oh La Lilac nie byłby mi znany. Jest specyficzny, taki trochę lalkowaty, cukierkowaty, przesłodzony. Z pewnością dla wielu kobiet za jasny. Przyznaję, aplikuję go na usta maźnięte pudrem, bo w przeciwnym razie moja naturalna barwa warg - oczywiście ciemniejsza niż szminka, nie łączy się z nią.
Mimo tej drobnej wady, śliczna lilia ma wszystko to, czego szukam. Jest przyjemną odskocznią od moich ukochanych, intensywnych fioletów, kojarzy mi się z makijażem scenicznym, twierdzę nawet, że usta nią pomalowane "robią" cały make up. Gdyby tylko lepiej rozprowadzała się na ustach, gdyby tylko była nieco bardziej trwała - byłaby idealna.
Urocza, nieśmiała, a przy tym jakże dziewczęca lilia podbiła Wasze serca, czy przeszłyście obok niej zupełnie beznamiętnie? Spokojnej niedzieli! Zostawiam Was wraz z moim śniadaniem :)











