Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki do oczu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki do oczu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 stycznia 2015

KIKO - kosmetyki genialne

Oznajmiam, że odwiedziłam KIKO w Arkadii i kupiłam sobie kilka rzeczy. Gdyby nie fakt, że byłam bardzo ciekawa ich kosmetyków, wyszłabym z tego sklepu w mgnieniu oka. Nie jestem osobą przesadną, nie czepiam się szczegółów,jestem dorosła, pomimo że młoda i naprawdę nie wyobrażam sobie, jaki poziom kultury reprezentuje sobą wymalowana dziewucha, zwracając się do mnie na TY, jak do koleżanki. Jestem takim zachowaniem totalnie zniesmaczona. Pytając sprzedawczynię o cokolwiek oczekuję odpowiedzi na jakimś poziomie, a nie "yyy, no wiesz". To totalna bezczelność. Wisienką na torcie było czekanie przy kasie, mimo że żywa dusza przede mną nie stała, aż panienki nagadają się i łaskawie mnie obsłużą, co jak już się stało i tak nie przerwało ich pogawędki o facetach, bo jaka to dupa z niego nie była! KIKO nie jest jeszcze mega dobrze znaną firmą w Polsce i jak tym sposobem chcą zachęcić ludzi, to współczuję. Każda potencjalna, młodsza klientka wyjdzie. I nie, nie przesadzam. Ja, gdy pracowałam w sklepie, to nawet do głowy mi nie przyszło, żeby zwrócić się do kogoś na Ty, nawet jeśli ta osoba wydawała mi się być moją rówieśniczką, czy rówieśnikiem. Obsługa to dla mnie totalne nieporozumienie w tym sklepie i więcej tam nie pójdę. 

Co do kosmetyków jest tak, jak myślałam. Przyciągają uwagę i można by było wybierać i wybierać. Jest spora gama kolorystyczna szminek i lakierów, choć brakowało mi wśród tych pierwszych chociażby bordowych, czy ciemnych, winnych odcieni. Są też podkłady, korektory, róże, bronzery i w znikomej ilości kosmetyki rozświetlające. Znajdziemy też jakiś zalążek kosmetyków do pielęgnacji. I najważniejsze - wybierając się tam teraz, trafimy na spore promocje. 
Właśnie z tych rzeczy objętych promocją wybrałam sobie trzy cienie do powiek w postaci grubej kredki z serii Daring Game. Były przecenione o połowę, kosztowały 16,90 zł. Skusiłam się na piękne złoto, intensywną, butelkową zieleń i ciemny fiolet. Wszystkie posiadają mnóstwo drobinek. Bardzo dobrze aplikują się na skórę i są niezwykle intensywne! Pigmentacja krótko mówiąc powala, jedno przeciągnięci i WOW!
Nadają się raczej na ruchomą powiekę, chyba, że nałożymy je w załamaniu i ekspresowo rozetrzemy. Cienie dosyć szybko zastygają, a wtedy nic ich nie ruszy! Są mega trwałe! Nigdy wcześniej nie widziałam takich cieni. Mogę trzeć skórę, a one pozostają nietknięte! Jedynie płyn do demakijażu jest w stanie sobie z nimi poradzić, bo sama woda nawet ich nie rozmaże. Nie potrzebują żadnej bazy, po całej nocy imprezowania będą w pierwotnym stanie. 
Wśród odcieni widziałam jeszcze piękny beż, wpadający w róż. Naprawdę jest w czym wybierać. Na pewno te jaśniejsze sprawdzą się świetnie w lato. Natomiast ciemne są pozycją obowiązkową na karnawał 2015! To cienie idealne :) A Wy odwiedziłyście już KIKO? 

Tak wyglądają na skórze, choć światło trochę przebiło fiolet - w rzeczywistości jest ciemniejszy. 

sobota, 2 sierpnia 2014

PRZEPIEKNY!

Może to piwo, a może świadomość, że przez najbliższe dwa dni mogę posiedzieć w domu, z rodziną, w spokoju, wprowadza mnie w taki refleksyjny nastrój. Myślę o sobie, o Kasi, sprzed dwóch, trzech lat. Strasznie nieśmiała byłam i strasznie raniły mnie wszelkie niepochlebne słowa. Dziś także ranią, nie zaprzeczę, ale staram się odbierać je jako konstruktywną krytykę, a jeśli nie, po prostu je ignoruję. Człowiek wątpi w drugiego człowieka, nie wierzy w niego, człowiek lubi jak innym się nie powodzi, chętnie dowartościowuje się cudzym kosztem, a jednocześnie w tym człowieku nie ma żadnego człowieczeństwa. Życzę Wam abyście byli w grupie ludzi, którzy robią wielkie rzeczy, niż w tej, która wielkie ma tylko pokłady nienawiści. Tym zdaniem, przechodzę do tematu wpisu, wypijam Red Bulla i oglądam filmy. 

Rzadko tu bywam ze względu na (głupio to zabrzmi) - dostęp do światła. Zazwyczaj gdy wstaję to wolę poleżeć w łóżku niż robić zdjęcia, a gdy wracam do domu, to jest już ciemno, wszystko mi jedno i idę spać ;) Przez ten weekend moim zadaniem jest zajęcie się właśnie zdjęciami. 

Korzystam z okazji, gdy siostry nie ma w domu i zaglądam jej od czasu do czasu w kosmetyczkę. Ostatnio wyłowiłam z niej coś przepięknego. Ale chwila, to piękno zostało przeze mnie odkryte dopiero po pewnym czasie. Na początku pomyślałam - ojej, jaki kicz! Masa drobinek, trochę perłowe, trochę metaliczne wykończenie, zupełnie nie moja bajka! Nałożyłam na powiekę, jako bazę do makijażu wieczornego i przepadłam. Cudownie odbija światło, jest trwały, efektowny, konsystencja niczego sobie, nie obsypuje się, nie kruszy, ideał! Z jedną małą wadą - po kilku godzinach zbiera się w załamaniu powieki, ale to chyba można wybaczyć, w końcu nic nie jest wieczne :D

O kim mowa? O cieniu Catrice ze znanej nam serii Liquid Metal.  Pisałam Wam wcześniej o odcieniach 090 i 080 ale nie byłam z nich zadowolona. Pigmentacja pozostawiała wiele do życzenia. Natomiast z kolorem 010 Look me in the ice jest inaczej. Zostawia piękną taflę na oku, dobrze łączy się z innymi cieniami, a gdy już po pewnym czasie traci na swojej intensywności, otula oko masą drobinek. 

Macie go w swojej kolekcji? Ja spróbuję go upolować w Hebe, zanim siostra zorientuje się, że jej cień zmienił miejsce zamieszkania :DDD


poniedziałek, 7 lipca 2014

Na lato w sam raz :)

Cześć! Aż dziwię się, że znalazłam chwilę na zdjęcia i na pisanie. Niestety idzie mi to coraz gorzej, ale jakby źle nie szło, oczywiście stąd nie znikam. Niedługo będziecie mogły poczytać sporo ciekawych recenzji, choć nie tylko. Postanowiłam więcej pisać o swoich przemyśleniach na różne tematy, trzymam kciuki, że się w końcu otworzę i zapomnę na chwilę o tym, że mojego bloga czytają zarówno osoby przychylne mi, jak i te które czają się i czają, by gdzieś wbić szpileczkę :DDD

Dziś jeszcze kosmetycznie. Jakiś czas temu w Rossmannie szukałam fajnej kredki do powiek. Miała być idealna na lato, w kolorze morskim, absolutnie nie turkusowym, coś w rodzaju butelkowej zieleni. Padło na Manhattan - tanią, względnie dobrą firmę. Kredka kosztowała ok. 13 zł, jej pełna nazwa to..khol kajal eyeliner,a a odcień Go Green 87Z. 
Dla mnie jej zdaniem jest podkreślenie przede wszystkim dolnej powieki. Ma być dopełnieniem makijażu a'la plażowego. Może wiecie, co mam na myśli. Lekko muśnięte tuszem rzęsy, mocno zarysowana dolna powieka kolorem, soczyste usta, ładna opalenizna...mniej więcej tak sobie to wyobrażam. A jak jest?
Przyznaję, że dawno nie byłam tak miło zaskoczona. Kosmetyk jest trwały, nawet bardziej od eyelinera z Inglota, który niedawno Wam pokazywałam. Nie rozmazuje się, nie podrażnia. Kredka ma dobrą konsystencję - ani za miękką, ani za twardą. Na oczach wygląda świetnie, niedługo Wam pokażę! Pięknie podbija zieloną tęczówkę, ale jestem pewna, że niebieską czy brązową też ozdobi. 

Znacie kredki z Manhattanu? Może nie muszę Wam jej nawet przedstawiać! W każdym razie, ja skuszę się na więcej, bo są godne polecenia. 

wtorek, 1 lipca 2014

Tym razem odważnie :)

Cześć! Przeziębienie totalnie mnie rozłożyło. Dostałam wolne kolejne dwa dni i mam nadzieje, że się wykuruję, choć zdrowy rozsądek podpowiada mi, by iść do lekarza i zostać w domu na dłużej. Oby to nie było zapalenie oskrzeli, oby! Kompletnie nie mam czasu na choróbska. 

Dziś podtrzymam temat - wciąż o firmie Inglot, ale tym razem o ich eyelinerze. Powiem szczerze, że jestem rozczarowana asortymentem eyelinerów tej marki. Gdy podeszłam do stoiska miałam do wyboru dwie wersje..w płynie i w żelu. Trochę skromnie, dla mnie zdecydowanie za skromnie :DDD No ale skusiłam się na ten pierwszy i to nie czarny. Wybrałam piękny turkus, idealnie podbijający tęczówkę, idealny na lato!

Kosztował 22 zł / 4 ml. Jest płynny, choć nie za bardzo. Szybko zasycha i jest cholernie trwały! Woda go nie ruszy. Dopiero po kilku godzinach noszenia kolor nieco traci na intensywności, ale mimo to, spokojnie mogę powiedzieć, że kosmetyk sprawdza się w warunkach ekstremalnych - pracy, plaży, podczas ulewy. 

Pędzelek jest dobrze wyprofilowany, łatwo zrobić nim cienką, jak i grubą kreskę. Eyeliner nie podrażnia oczu, za pomocą dobrego produktu do demakijażu szybko możemy się go pozbyć. Dla mnie jest bezbłędny! Z pewnością kupię jeszcze inne kolory i Wam również polecam :)


Odcień / 32 seria/ Liquid Eyeliner Traceur Liquide

sobota, 14 czerwca 2014

Zakupy kosmetyczne

Przeznaczenie decyduje, kto pojawia się w naszym życiu, ale to Ty decydujesz, kto w nim zostaje. To jedne z mądrzejszych słów, które krążą sobie na facebooku. Ileż w nich prawdy! Ostatnie dni tak strasznie dały mi popalić, że stałam się chyba jakaś bardziej skłonna do refleksji, ale nie tyko. Zauważyłam też, że więcej planuję, śmielej mówię o swoich marzeniach i w zupełności w nie wierzę. Teraz takim drobnym marzeniem jest zagraniczny urlop we wrześniu i dalsza nauka. To drugie może brzmieć śmiesznie, bo edukacja po maturze to żaden problem jednak ja mam na myśli obrany kierunek, pójście prosto tam, gdzie chce :)

Dziś tak zupełnie na luzie chciałam Wam pokazać moje kosmetyczne zakupy. Mam nieco czasu, do pracy dopiero na 14! Jak dobrze się wyspać, na spokojnie pisać... Nie upolowałam zbyt wielu rzeczy, to były raczej skromne zakupy, trochę nieprzemyślane, takie na biegu.

Na pewno potrzebny był mi puder. W okresie letnim rzadko sięgam po podkład, raczej stawiam wyłącznie na mat, krycie czy wyrównanie odcienia skóry zupełnie pomijam, może też dlatego, że nie mam z tym większego problemu. Wybrałam tym razem puder marki Inglot (29 zł) w kolorze 04. Pierwsze wrażenia są jak najbardziej pozytywne! Matuje na wiele godzin, nie podkreśla skórek, opakowanie jest porządnie wykonane, posiada lusterko i gąbeczkę. Czego chcieć więcej?
od lewej eyeliner Inglot, kredka Manhattan

Do kasy powędrowałam też z eyelinerem tej samej firmy. Turkusowo-niebieski, letni, zupełnie nie "mój", ale coś mnie w nim zauroczyło. Kosztował 22 zł, a jego numer to 32.
W Rossmannie kupiłam tusz do rzęs Rimmel Accelerator (ok. 25 zł). Kiedyś podkradałam go siostrze i bardzo przypadł mi do gustu. Fajnie wydłuża i rozczesuje rzęsy :)
Zwieńczeniem kosmetycznych zakupów była kredka do powiek Manhattan khol kajal eyeliner w odcieniu Go Green 87Z. To przepiękna, butelkowa zieleń!
Zmuszona byłam też do zakupu nowej prostownicy. Jak na złość, wszystkie trzy się zniszczyły w tym samym czasie. Podążyłam najtańszą drogą i wzięłam sprzęt zaufanej marki Remington, Ceramic Slim 220. Zadowolona niestety nie jestem. Przyzwyczaiłam się do drogich prostownic, o niebo lepszych. Ta owszem, wygodna, elegancka jest, jednak nie prostuje włosów tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła.


Jutro pokaże Wam, co wpadło nie do mojej kosmetyczki, ale szafy :) A na początku tygodnia będziecie mogły poczytać nieco o kosmetykach Aussie. Miłej soboty!



poniedziałek, 28 kwietnia 2014

5 w 1, o ciekawej kompozycji z kiepską realizacją

Bez pracy, bez szkoły, czuję się jakoś tak dziwnie. Sama nie wiem czemu. Dziś nawet wzięłam się za sprzątania mieszkania i pranie - pierwszy raz w życiu. Nie sprzątanie, oczywiście, tylko pranie. Pralki wydawały mi się maszynami, których nigdy nie ogarnę, do teraz. Chyba próbuję odciągnąć się od tworzenia prezentacji maturalnej, a ona już dawno powinna leżeć zrobiona, lub co gorsze - powinna być w mojej głowie. Mimo wszystko jednak myślę, że stresować się nie warto i najlepsze co mogę teraz uczynić, to rzecz jasna prezentację skończyć, ale zupełnie się nią, jak i całą maturą nie martwić. Ciekawa jestem, czy wśród Was są tegoroczne maturzystki? Jak tak - życzę Wam powodzenia :)
Tym razem trochę ponarzekam. Zdecydowanie uważam, że mam na co. Począwszy od pakowania, poprzez konsystencję, kończąc na trwałości i zahaczając o pigmentację - jest źle, jest rozczarowanie. Cienie do powiek Bell Colour Fun Multi Eyeshadows  w odcieniu 02 zupełnie się u mnie nie sprawdziły. 
Opakowanie jest dla mnie wyjątkowo kiczowate. Jestem pewna, że przy upadku z wysokości 20 cm zostałoby nieźle naruszone. Do tego każdy z odcieni jest w formie jakiejś nieokreślonej fali. Przy aplikacji cienia na pędzelek, ten kruszy się i przenosi na inne odcienie brudząc je. Konsystencja jest pozornie przyjemna, nie sprawia wrażenia tępej. W rzeczywistości choć dobrze cienie rozprowadzają się na powiekach, niemiłosiernie obsypują się przy tym. 
Pigmentacja również mnie zawiodła. Lepiej jest w przypadku odcieni ciemnych - brązu i zieleni, ale nie jest to wymarzony efekt. Co do jasnych - są prawie niewidoczne. Na skórze (zdjęcie) nie prezentują się najgorzej, jednak gdy rozcieramy je na powiecie pędzelkiem - kompletnie gubią swój kolor. Trwałość; o niej trudno mówić. Cienie dopiero co nałożone są ledwo widzialne, minie pół godziny i znikają zupełnie. 
Wykończenie, które nadają jest perłowe, z kremową domieszką. 
Cienie kosztują ok. 18 zł. Dostępne są w innych kompozycjach, między innymi znajdziecie je w Hebe. Co o nich myślicie? Czy również zawiodłyście się, czy może wręcz przeciwnie? 

wtorek, 21 stycznia 2014

O słodkim zestawie od Perfecta

Witajcie! :) Strasznie mi przykro, że ostatnio tak rzadko tu zaglądam. Niestety nie jestem w stanie tego zmienić. Praca i szkoła to dwa obowiązki, które zjadają mój cenny czas i wysysają ze mnie każdą cząstkę energii. Dziś na szczęście zrobiłam sobie wolny dzień i zamierzam spędzić go w domu; posprzątam, pobloguję, ułożę stertę ubrań przewalających się w szafie... no i może skoczę po resztę studniówkowych zakupów! Trochę ich mi zostało, a czasu by gdzieś wyskoczyć, jak zawsze brak ;)

Opowiem Wam trochę o słodkiej, różowej i niezwykle dziewczęcej serii kosmetyków do ciała od firmy Perfecta. Niewątpliwie przyciąga uwagę swoimi opakowaniami, zapachami może nieco mniej..
Ja posiadam dwa produkty - peeling do ciała i krem do ciała Sugar Baby. Oba produkty są zamknięte w dosyć miękkiej tubie - praktycznej, poręcznej. Ich konsystencja jest w miarę gęsta - nie wylewa się i nie ucieka między palcami. Zapach to dla mnie czysta chemia...przypomina mi tanie mydło..

Zacznę od kremu do ciała, bo z nim kompletnie się nie polubiłam! Wygląda na treściwy kosmetyk, który może nawet w tak mroźne dni zregenerować naszą skórę, ale uwaga - nic z tego! Bardzo szybko się wchłania i równie szybko przestaje działać. Niby nieco odżywia, nawilża, ale po godzinie skóra znów jest sucha i nieprzyjemna w dotyku. Do tego brzydki, sztuczny zapach.. który z kolei utrzymuje się na ciele przez jakiś czas. Nie, nie i jeszcze raz nie. Zdecydowanie odradzam Wam zakup go!

Peeling sprawdził się dużo lepiej, na szczęście! Pozornie wydaje się być za delikatny, jednak porządnie usuwa martwy naskórek i sprawia, że skóra jest miękka. Nie wysusza, nie podrażnia, jest całkiem wydajny. Naprawdę, gdyby nie zapach to zupełnie nie miałabym do czego się przyczepić. Lubię go, ale jeśli miałabym się na niego skusić ponownie, wybrałabym inną wersje zapachową, bowiem Sugar Baby to nie moja bajka, mało tego wątpię aby komukolwiek przypadła do gustu! 

Cena: ok. 17 zł / sztuka
Pojemność: 200 ml

Co myślicie o tej serii? Podbiła Wasze serca, czy niekoniecznie? ;)

czwartek, 9 stycznia 2014

Rzęsy, których nie mam :DDD

Witam! Czasami, tak jak dziś zupełnie nie mam siły i energii. Jakby coś ją ze mnie wyssało. Spałam kilkanaście godzin, dokładnie 11. To dla mnie naprawdę dużo. Nie powiem, że się nie wyspałam - wyspałam, a owszem, ale to nie zmienia faktu, że nie jestem w dobrym nastroju i nie tryskam optymizmem na lewo i prawo. Dzień jest po części wyzwaniem dla mnie. Małym, nie mogę powiedzieć, że dużym, choć jak dla osoby tak nieśmiałej i strachliwej jak ja - to będzie już COŚ. Boję się i chcę - genialne uczucie. Planuję swój czas, jak tylko się da, by nie myśleć o złych rzeczach - z przeszłości i z przyszłości. Wiele problemów jest dla mnie za trudnych do zniesienia i nie ma dnia, bym o nich nie myślała. Cóż jednak mogę zrobić, jak nie rzucić się w wir pracy, obowiązków? Jakoś przecież trzeba żyć - z uśmiechem na twarzy :)
Godzina, która wybiła przypomina mi, ile jeszcze rzeczy mam do zrobienia przed  9 rano, dlatego pozwólcie, że przejdę już do tematu posta. Dziś o rzęsach. Rzęsach, których nie mam. Należę do grona nieszczęśliwych posiadaczek rzęs krótkich, jasnych, cienkich, nierównomiernie rosnących. Może być gorzej? Nie, nie może! W związku z tym, moje wymagania wobec tuszy są niewielkie - wydobyć to, czego nie ma. 
Tusz Fun Night Party Effect od Bell spodobał mi się od początku, ze względu na szczoteczkę. Nie za grubą, nie za małą - idealną. Irytował mnie jednak swoją konsystencją - zupełnie przeciętną, ni gęstą, ni rzadką. Ja natomiast lubię tusze zupełnie płynne, bo takie prezentują się lepiej na moich "rzęsach". 
Szybko zasycha, rzadko kiedy się rozmazuje, jest całkiem intensywny i wydłuża - to jego niepodważalne dla mnie zalety. Wady są niemniej istotne - tusz skleja rzęsy, a w dodatku nie osadza się na nich w tej samej ilości. Muszę też wspomnieć o tym, że dolne rzęsy nim potraktowane nie wyglądają dobrze. 

Czy jestem zadowolona? Mimo wszystko - tak, raczej tak. Coś w końcu na tych oczach mam, ale do tuszu perfekcyjnego daleka droga. Myślę, że kobiety o pięknych rzęsach - ciemnych, grubych, długich byłby zadowolone z niego, choć może się mylę? Jakie są Wasze wrażenia? 

niedziela, 29 grudnia 2013

Idealny podkład dla bladziochów + paletka Barry M SMOKIN HOT z bliska :)

Cześć! :) Hasłem i zarazem celem w piątek były lumpeksy. Wprawdzie nie wynosiłam z nich pełnych siatek, choć coś tam zawsze wpadło i jutro pokażę Wam co :) Przy okazji wspomnę, że w żadnym z nich wcześniej nie byłam. Większość niestety - rozczarowało mnie pod wieloma względami, ale niektóre też pozytywnie zaskoczyły. Po mniej lub bardziej udanych odwiedzinach jestem pewna jednego - jak po kreację sylwestrową to tylko do lumpeksu, owe suknie i przebrania są dosłownie w każdym! :O
Pozwólcie, że najpierw pokażę Wam z bliska paletkę Barry M SMOKIN HOT. Mamy w niej 6 cieni do powiek, róż i dwa aplikatory. Cena to ok. 32 zł. 5 cieni posiada błyszczące drobinki, tylko jeden - czarny jest zupełnie matowy i pozbawiony błyskotek. 3 najjaśniejsze odcienie nazwałabym satynowymi, a 2 błyszczące i ciemniejsze - satynowo-matowymi. Czerń to jak wspomniałam mat. Róż jest ciepłą, intensywną brzoskwinią. Z pewnością wyrazistą, dla skóry normalnej bądź nieco opalonej. Kompozycja cieni jak najbardziej trafia w mój gust - nadaje się zarówno do makijażu dziennego jak i wieczorowego :) 
Jutro lub pojutrze pokażę Wam jak cienie wyglądają na skórze. Pigmentacja nie jest zła :) Pokażę Wam również jak wyglądają na ustach szminki z paletki Sleeka. Dajcie mi chwilkę! :)

czwartek, 12 grudnia 2013

Kosmetyk do brwi - cudotwórca! [Maybelline, Color Tattoo]

Cześć! Tak jak obiecałam, tak też się dzieje. Wracam na dobre i już nie pozwolę sobie na takie przerwy od blogowania. Zdecydowanie nie sprzyja to mojej psychice :) Dziś w końcu znalazłam chwilę, by złapać dobre (no, w miarę dobre..) światło do zdjęć. Irytuję się okrutnie, gdy po godzinie 15, a czasami nawet 14 jest już szaro za oknem. Nie dość, że dobija mnie ta ciemność, to jeszcze utrudnia mi pracę nad blogiem! :D Swoją drogą, muszę Wam powiedzieć, że już nie mogę doczekać się soboty i spotkania blogerek :) Kiedyś nie znałam żadnej z Was, teraz to grono się coraz bardziej powiększa, co niezmiernie mnie cieszy :)))
Dziś chcę Wam powiedzieć nieco o słynnym cieniu do oczu, a mianowicie o Maybelline Color Tattoo w odcieniu 40-Permanent Taupe. Znajduje się on w małym, szklanym słoiczku z nakrętką i posiada kremową konsystencje. Wykończenie, jakie pozostawia, bez dwóch zdań jest matowe i bardzo naturalne. Kolor to chłodny brąz, bez dodatków rudości, nasycony odrobiną szarości. W opakowaniu wydaje się być dużo jaśniejszy, niż na skórze. Same zobaczcie jak to wygląda na zdjęciach :) 
Cena regularna nie jest mi znana, gdyż kupiłam go na promocji w Rossmannie, ale myślę, że nie kosztuje więcej niż ok. 25 zł. Nabyłam go by ujarzmić brwi, jednak sprawdziłam też jego pierwotne zastosowanie. W kontakcie z powiekami jest bardzo przyjemny i łatwy w obsłudze. Nie wchodzi w załamania, posiada niezłą pigmentację, jest trwały. Nadaje się idealnie do podkreślenia załamania i w ten sposób najczęściej go używam. Jeszcze częściej stosuje go do brwi. Wówczas sięgam także po pędzelek dołączony do eyelinera z Maybiellina. Taki duet to dla mnie strzał w dziesiątkę! Cień bez problemu możemy precyzyjnie aplikować na brwi. W mgnieniu oka stają się one przyciemnione, wypełnione i wyraziste. Efekt jest naturalny i trwały, aczkolwiek ja dodatkowo utrwalam go żelem do brwi. Nie mogę też nie wspomnieć o wydajności. Dzień w dzień używam cienia, a jego jakby nie ubywa :) 
Jeśli mam spróbować doszukać się minusów to widzę tylko jeden - cień ten nie jest dla wszystkich. Kobiety o jasnych włosach, bardzo jasnych brwiach mogą nie być zadowolone, gdyż cień będzie po prostu za ciemny. Szatynki i brunetki takiej obawy mieć nie muszą, dla nich będzie w sam raz :) Kończąc już powiem tylko, że polecam Wam ten cień, to kosmetyk jakich mało, kosmetyk fenomenalny :) 


PS. Upolowałam jakąś roślinę w sklepie, by pokój nabrał trochę świątecznej aury ;D 
PS.2 I upolowałam też mydło w Biedronce ze świątecznej serii :DDD Opakowanie mnie skusiło, ale dodatkowo wmawiam sobie, że wyczuwam w tym produkcie kandyzowaną skórkę pomarańczy ;)))

niedziela, 17 listopada 2013

O ulubieńcu i małym rozczarowaniu

Witajcie! Ostatnio tak się rozleniwiłam, że postanowiłam każdego wieczoru robić plan na następny dzień. Tym sposobem nie marnuje czasu i udaje mi się załatwić wiele rzeczy, które wcześniej odkładałam i odkładałam. Naprawdę polecam - trochę wytrwałości i systematyczność sama się wyrobi :) Przy okazji w krew wchodzą dobre nawyki, jak chociażby nauka o normalnej porze i regularne ćwiczenia. 
Przychodzę do Was dziś z dwoma recenzjami. Może zacznę od ulubieńca, który podbił moje serce. To cień do powiek od Bell z serii HypoAllergenic w odcieniu 30. Ma przepiękny kolor! Szary, ale z nutą metaliczną, gdzieś tam możemy dopatrzeć się odrobiny nienachalnej niebieskości :) 
Kosmetyk jest przebadany pod kątem okulistycznym i dermatologicznym. Nie posiada substancji zapachowym, alkoholu i syntetycznych barwników. Ma kremową, aksamitną formułę. W opakowaniu jest dołączony mały aplikator, z którego szczerze mówiąc nie korzystam. Cień nie obsypuje się, jest dość trwały nawet bez bazy, nie wchodzi w załamania, równomiernie się ściera. Odcień jest intensywny, ale przy rozcieraniu sporo na tej intensywności traci. Niemniej jednak świetnie nadaje się do codziennego użytku :)
Oczu nie podrażnia, jest podatny na działanie kosmetyków do demakijażu. Bez bazy wspomagającej efekt, radzi sobie na tyle dobrze, że możemy ją sobie odpuścić i nie martwić się o makijaż w ciągu dnia. Chętnie wypróbuję też inne odcienie, bo z tego jestem naprawdę zadowolona.