Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki do ciała. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2015

Obłędnie!

Dawno mnie tu nie było. Zdecydowanie zbyt dawno, ale mam jakiś przejściowy, kiepski okres, kiedy to naprawdę niewiele mi się chce. Na robienie zdjęć nie ma dobrego światła, na pisanie - nie ma weny, na testowanie kosmetyków - brak ochoty. Wszystko tak się połączyło i powstała wielka, głucha cisza. Ale już jestem, mam lepszy humor i przychodzę z czymś naprawdę fajnym! Otóż seria Planet Spa to moim zdaniem najlepsza linia kosmetyków Avonu. Są może odrobinę droższe od pozostałych, jednak ich jakość to wynagradza. Praktyczne opakowania, zabezpieczone wieczkiem i folią, estetyczne etykiety, porządna konsystencja i przepiękny zapach! 
Peeling Amazonian Treasures faktycznie pachnie jagodami Acai. Jest to taka słodka, owocowa, lekko kwaśna nuta, dosyć uniwersalna dla nosów. Powinna się spodobać i zostać na naszym ciele na dłużej. W opakowaniu znajdziemy kremowy, wręcz puszysty mus z licznymi drobinkami, dlatego jest to peeling zdecydowanie słabo/średnio zdzierający. Wielbicielki porządnego ścierania mogą być nieusatysfakcjonowane. Skóra mimo wszystko po aplikacji jest gładka, miła w dotyku, pachnąca i niepodrażniona. 
Masło do ciała Indulgent Spa Ritual z masłem shea i truflami to obłęd! Aż chciałoby się go zjeść. Jeszcze wiele godzin po nałożeniu kosmetyku, pachniemy intensywnie czekoladą. Wiem, że niektórzy kochają jedzeniowe zapachy, a innych kojarzą się z czymś tandetnym, lub po prostu - są męczące. Ja na pewno zaliczam się do pierwszej grupy i mogłabym używać go dosłownie co chwilę. Ale żeby nie było wyłącznie o zapachu - masło jest treściwe, dobre na zimę, na pewno nieco ożywi naszą skórę, zmiękczy ją i nawilży. Mały minusik za wydajność. 
Fanką Avonu nie jestem, choć na Planet Spa zawsze mam ochotę :D Tanie, treściwe i niezłe w swym działaniu, a przy tym zniewalająco pachnące! Co Wy polecicie z tej katalogowej firmy? 

wtorek, 27 stycznia 2015

Czekolada bez kalorii

Macie do wyboru tę w formie gęstego, kuszącego kremu. I tę płynną, pocieszającą każdy smętny poranek. Obie niezwykle intensywne w swoim zapachu, ewidentnie luksusowe w użyciu. Czego chcieć więcej? No, może tylko tego, żeby jeszcze były jadalne. Oto i one, kosmetyki Organique!

Przyznam, że seria czekolada chodziła za mną miesiącami. W sumie tylko ona. Pozostałe kosmetyki, oczywiście, niczego im nie ujmując, przy tej linii wypadały w moich oczach po prostu blado. Mam słabość do czekolady w każdej postaci. Czy to ta do spożycia, czy ta przeplatająca się gdzieś wśród kosmetycznych półek, czy gorąca, zastępczyni herbaty.
Organique liczy sobie za swoje produkty spore kwoty. Uważam nawet, że to lekka przesada płacić za masło do ciała 60 zł. Bo na ile ono starczy? Na miesiąc systematycznego stosowania. Serum za niecałe 40 zł to według mnie nieco bardziej opłacany interes, o ile używamy go wyłącznie do twarzy. Do ciała? Kilka użyć i szybko przywita nas dno opakowania. Pojemność masła to standardowe 200 ml, zaś serum połowa mniej, 100 ml. Mamy więc stówkę i kosmetyki brązujące. 

Zacznę od serum, gdyż one docelowo powinno być stosowane pod masło. Początkowo używałam go jednak zupełnie inaczej. Tak jak wspomniałam - na twarz. Nie robił jednak nic szczególnego. Ani nie nawilżał, ani nie przyciemniał skóry, może delikatnie "ujędrniał", aczkolwiek nie jestem też tego taka pewna. Krótko mówiąc, było to bez sensu, dlatego zmieniłam taktykę i dostosowałam się do słów producenta. Jako wspomagacz masła sprawdził się równie kiepsko. 
Połączenie dwóch kosmetyków natomiast, w moim odczuciu daję długotrwały, ładny zapach, porządne nawilżenie (zasługa masła!) i lekkie napięcie skóry. Jestem trochę rozczarowana, bo liczyłam też na naturalnie wyglądającą opaleniznę, a tu nic... Może jakaś znikoma, brązująca mgiełka. Lepszy efekt pod tym kątem uzyskałabym stosując masło Perfecta za 15 zł. Dla mnie kosmetyki z tej serii wabią swoim pięknym zapachem, a później stają się nietrafionym zakupem. Jeśli ktoś kupuje kosmetyk brązujący, to liczy na efekty brązujące, a to że produkt pachnie i nawilża, schodzi na dalszy plan.  Jeśli macie ochotę, odsyłam Was do pozostałych postów poświęconych marce Organique - mydło Aleppo | woski do kominka 


niedziela, 21 grudnia 2014

Ochrona skóry zimą, czyli seria Winter Care

Z okazji Świąt od firmy Floslek otrzymałam nie tak dawno kosmetyki przeznaczone do twarzy, ciała i rąk w okresie mrozów. Wprawdzie nawet nie spadł jeszcze śnieg, ale ja głęboko wierzę, że prawdziwa zima nadejdzie i będę miała okazję sprawdzić skuteczność tych produktów. 

Krem do rąk i paznokci Winter Care ma pojemność 100 ml. Posiada w składzie keratynę i witaminę E. Jego zadaniem jest natłuszczenie skóry, zapobieganie utraty wody, efektu szorstkości. Przyznam, że oczekuję od niego wiele, przede wszystkim - treściwości. Gdy temperatura jest na minusie lekki kremik to zdecydowanie za mało dla moich dłoni. 

Krem ochronny zimowy do twarzy (50 ml) dedykowany jest skórze suchej, delikatnej i normalnej. Skórę także ochrania witaminą E, choć również olejem ze słodkich migdałów. Nie wiem, czy sprosta moim wymaganiom, jednak po doświadczeniach związanych z tą marką, mogę mieć naprawdę spore oczekiwania, bo do tej pory absolutnie wszystkimi kremami do twarzy byłam zachwycona.


Balsam do ciała regenerujący (150 ml) z tej samej serii, jak obiecuje producent, działa już od 1 użycia! Łagodzi podrażnienia, przynosi ulgę przesuszonej skórze, cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak zweryfikować te obietnice. 


A Wy co wybierzecie na zimę? Może stosowałyście już kosmetyki Winter Care? Idę piec pierniczki i pakować prezenty! Takie właśnie dni lubię!  * Więcej o kosmetykach przeczytacie na stronie marki Floslek, zapraszam do zapoznania się z asortymentem - klik.

środa, 26 listopada 2014

Nowość w Rossmannie! - samoopalająca mgiełka Sunny Mist

Któregoś dnia, spacerując sobie po Rossmannie moje wyczulone na kosmetyki oko, dostrzegło nowy, samoopalający produkt. A z racji tego, że je uwielbiam, oczywiście, musiałam wziąć. Balsamy brązujące, mgiełki, chusteczki, żele to najzdrowsza i najszybsza opcja, gdy zależy nam na opaleniźnie. Fakt, zawsze jest ryzyko, że zostaniemy ze smugami, a solarium (moja wielka słabość) niemal w 100% je wyklucza, jednak mimo to, częściej sięgam po kosmetyki. Mogę za ich pomocą osiągnąć satysfakcjonujący mnie efekt, nie wydając przy tym dużych pieniędzy. 

Nowość (może tylko dla mnie?) należy do firmy Perfecta, którą szczerze lubię za dobra peelingi do ciała i masła z serii SPA. Zawsze z utęsknieniem czekałam, aż wprowadzą kolejne produkty. Trochę wiało i w sumie wciąż wieje rutyną. Może mgiełki samoopalające okażą się dużym krokiem do urozmaicenia asortymentu? Tego nie wiem, ale trzymam kciuki. 

Wybrałam wersję do średniej karnacji, mimo że mam dosyć jasną. Z doświadczenia wiem, że sprawdzają się lepiej. Mgiełka kosztowała ok. 18 zł / 150 ml. Jest zamknięta w klasycznej buteleczce z atomizerem. Pachnie słodko, troszkę jak kakao. Jej konsystencja jest oleista, ale szybko wchłania się w skórę i nie pozostawia nieprzyjemnego filmu. Pierwsze efekty, tak jak obiecuje producent, widać już po 1 godzinie. Po 3-4 oczom naszym ukazuje się efekt ostateczny. 

To jeden z tych kosmetyków, który nie pozostawił na moim ciele ani jednej smugi. Jest bezbłędny! Żadnych zacieków, pomarańczowych plam, nic, kompletnie! Kolor jest ładny, lekko brązowy, naturalny. Ciężko odgadnąć, czy zawdzięczamy go genom, czy samoopalaczom, 

Jeśli nie powtarzamy aplikacji, opalenizna utrzyma się kilka dni do tygodnia. Schodzi równomiernie, choć wskazany jest wówczas porządny peeling całego ciała. Mgiełka nie wysusza, nie podrażnia skóry. Na pewno będę do niej powracać, jak tylko skończę opakowanie! 

sobota, 27 września 2014

Ostry zawodnik :D

Cześć! Teraz zmieniam się trochę w burzę mózgów, bo staram się stworzyć coś nowego. Mam na myśli bloga - zupełnie innego niż znana Wam już Moodhomme. Nie będzie on ściśle nawiązywał do kosmetyków,  urody, ani do kuchni, ani do wnętrz, ani filmów. Będzie on nierozłączny z ideą - robienia rzeczy pożytecznych. Mniej lub bardziej pożytecznych. Liczę, że przypadnie Wam do gustu. Tutaj natomiast wszystko pozostanie bez zmian, przynajmniej na razie :)

Dziś będzie o peelingu, któregp wrzuciłam do koszyka, będąc już prawie przy kasie. Przypomniałam sobie, że przewijał się na kilku blogach i opinie były pozytywne. Dodatkowo należy do mojej ulubionej grupy najostrzejszych zdzieraków. Jak mogłabym się oprzeć? :D

Wellness and Beauty, nie będę ukrywać, do moich faworytów wśród marek Rossmanna nie należy. Kojarzy mi się z tanimi bublami. Jednak warto robić wyjątki, gdy opakowanie (w tym przypadku - szklany, efektowny słoiczek) w najgorszym wypadku zrekompensuje nam kiepską zawartość. 

Kosmetyk kosztował niecałe 13 zł. To peeling cukrowo-olejowy z dodatkiem oleju z pestek mango i kokosa. Jego pojemność to 300 g. Zapach jest słodki, przyjemny, taki tropikalny, aczkolwiek nuta kokosa jest słabo wyczuwalna. Mango zdecydowanie dominuje w tej mieszance. 

Konsystencja jest treściwa, choć trzeba koniecznie wymieszać olej, który osadza się na górze z resztą produktu. Wówczas aplikacja przebiega pomyślnie. Peeling dobrze przylega do skóry, możemy nim zaserwować sobie dokładny masaż. Drobinki są ostre, dlatego powstrzymałabym się od wariackiego szorowania skóry. Można nim z łatwością zrobić sobie krzywdę :D

Przechodząc do sedna - jestem na tak, w zupełności! Atrakcyjna cena, porządne działanie i jeszcze nie wspomniałam - po peelingu nawet użycie balsamu nie jest koniecznie, bo skóra jest przyjemna i gładka. Polecam Wam jak najbardziej, a sama chyba zacznę rozglądać się za innymi wersjami zapachowymi, może gdzieś tam są, tylko o nich nie wiem :)

wtorek, 2 września 2014

Odgrzewane kotlety, czy totalna nowosc?

Czasami należy kierować się zdaniem - ilekroć się wahasz, tym wzrasta pewność, że podejmujesz właściwą decyzję. Czemu? Może dlatego, że to właśnie im zawsze towarzyszy niepewność, a pierwsza myśl, pierwszy cel rzadko bywa zgubnym. Takim nastawieniem pragnę przywitać jesień. I zupełnie nie martwię się, że ciągle w życiu przed czymś uciekam, bo uciekam od wszystkiego.

Minęłam się z powołaniem, chyba powinnam być poetką? ;) Zdradzę Wam jednak, że uderzam w kierunku charakteryzacji i wizażu, następnie, jeśli tylko nie zabraknie mi siły w projektowanie ubioru. Na tym absolutnie poprzestanę, gdyż nie jestem zachłannym człowiekiem. Ale to koniec, już koniec moich opowieści. Przechodzę do tematu, do kosmetyków niebywale słodkich, choć też mało ciekawych w tej swojej słodkości. Do kosmetyków dobrych, lecz nie za dobrych. 

Perfecta już dawno temu pokazała, co ma najlepszego - poprawka, pokazała, co jest w stanie wypuścić najlepszego, a wszelkiego rodzaju próby udoskonalenia odgrzewanych kotletów wychodzą jej średnio. Tak też jest z "nową" linią kosmetyków SPA. Ja żadnej nowości niestety nie dostrzegam, zmieniły się tylko i wyłącznie substancje zapachowe. Nawet konsystencja została ta sama! 

Jagodowe muffiny! Trufle czekoladowe! Brzmi rozkosznie! Pachnie też całkiem nieźle, ale ma się to nijak do właściwości pielęgnacyjnych, które są znikome. Powtarzam - znikome. Próżno doszukiwać się w maśle bogatej, odżywczej konsystencji, czy dobroczynnych dla skóry działań po peelingu. Naskórek on na pewno ściera, choć na pewno nie lepiej od cukru z łyżką miodu. Pozostawia ciało gładkie na krótką chwilę. O nawilżeniu, ujędrnieniu? Zapomnijcie... Masło odmładzające? Zmiękczy trochę, poprawi wygląd skóry, ale przecież nie zregeneruje jej, nie odejmie lat. Zmysły rozpieszczą maksymalnie, dla skóry jednak nie zrobią niczego pożytecznego. 


Jestem już bardziej przychylna kosmetykom z tej serii, które poznałam jako pierwsze.. Masło migdałowe, czy czekoladowe, peeling pomarańczowo-waniliowy..Trufle i muffiny nie spełniają w takim stopniu, w jakim bym sobie życzyła moich oczekiwań. Czego im brakuje? Przede wszystkim właściwości na które czeka każda kobieta, decydująca się na zakup. Ale też czegoś nowego...oprócz zapachu, oczywiście. A czy dla niego warto kupować? Odpowiedzcie sobie same :)

czwartek, 7 sierpnia 2014

Dziwna recenzja

Czasami sama nie wiem, jak dany kosmetyk opisać. I tak jest tym razem. Może to kwestia bardzo małej ilości - 50 ml? I co za tym idzie, skromnych kilku użyć? Prawdopodobnie. Masłem wysmarowałam się dosłownie parę razy. Czy jestem zadowolona z działania? Jaka jest moja opinia? 

Przede wszystkim nie rozumiem głosu zachwytu blogosfery. Kosmetyk, jak kosmetyk, ja nie widzę w nim niczego spektakularnego. Przypomina mi trochę serię "Orzech Brazylijski" TBS, choć ten Beurre Corporfel pachnie zdecydowanie gorzej. To może zacznę od zapachu właśnie.. Słodki, mdły, ciepły, za ciepły. Nie na lato, może na jesień, teraz mnie męczy i zniechęca do aplikacji. 

Konsystencja jest bardzo gęsta. Według wielu osób, dzięki temu masło jest mega wydajne. Moim zdaniem jest wręcz przeciwnie - masło znika w tempie ekspresowym! Kiepsko rozsmarowuje się na ciele, jest dosyć tłuste i niestety nieznośnie długo wchłania się w skórę. 

Jednak przyznam, daje efekt nawilżenia i odżywienia skóry, tylko na jak długo? Tu znowu jest problem, bo nie jestem w stanie tego określić. Na razie uważam, że póki się je stosuje to działa, w chwili odstawienia, znika też cały uzyskany do tej pory efekt. 

Moje odczucia są skrajne. Na pewno nie jest to must have, coś czego jeszcze nie było, totalny hit, po który trzeba pędzić do sklepu. To całkiem porządne masło, o licznych wadach. A co Wy o nim myślicie? 

50 ml/ 25 zł / TBS 

wtorek, 25 marca 2014

Słodkości bez kalorii i idealne błyszczyki do pracy

Lubię te dni, kiedy mam wolne od pracy, robię sobie wolne od szkoły, śpię do 13, klikam zdjęcia i oglądam filmy. Tak jak teraz. Z dumą mówię - jest po 16, a ja właściwie o nic pożytecznego nawet się nie otarłam :DDD Mała przerwa każdemu z nas jest potrzebna, oby nie wkradała się w nasze życia zbyt często. Jutro wracam do obowiązków i tak będzie do niedzieli, dlatego znów zniknę :( Chociaż może..uda mi się zawitać tu w sobotę lub niedzielę. Życzę Wam miłego wieczoru i przechodzę do tematu :)
W Hebe udało mi się upolować całkiem ładne i naturalnie wyglądające na ustach błyszczyki z Bell. Kupiłam je z myślą o pracy - niestety lub stety nie każda kobieta siedzi w biurze, nudzi się i macha nogą by się rozluźnić. Ja swe początki z pracą zaczęłam w miejscu, gdzie ciągle jestem w ruchu.. W związku z tym makijaż musi być lekki i w miarę trwały. Kolory delikatne - jeśli się rozmażemy nie będzie aż tak widać. Ze swoją fuksją muszę się w takich chwilach rozstać i zastąpić ją jasnymi różami i beżami. Wybrałam błyszczyk z Bell z serii French Chic 03 - to bardzo jasny róż, który na ustach jednak dopasowuje się do naturalnej ich barwy.  Do koszyka wpadł też Glam Wear Nude 04 - beż z nutą brudnego różu. Jeszcze nie wiem, jak z ich trwałością, ale pierwsze wrażenie robią świetne. Chętnie wrócę po inne odcienie :DDD

W Hebe jest aktualnie promocja na peelingi Farmony. Miałam migdałowy, miałam waniliowy, a czekoladowego jakoś nigdy nie mogłam upolować. W końcu trafił w moje ręce i szalenie się cieszę, bo pachnie obłędnie! Ciemna czekolada i pistacja to absolutnie moje zapachy! :D Cena - 9,99 zł.

Wychodząc już prawie wrzuciłam do koszyka płyn do jamy ustnej Colgate wybielający zęby. Mam mało szczęścia i moja naturalna kość nie jest śnieżnobiała, ale staram się z tym walczyć.. Ostatni zakup, czyli pasta Blanx okazała się dla mnie wielkim niewypałem i zamiast jakichś efektów, moje zęby jak i dziąsła były podrażnione.. Mam nadzieje, że ten płyn takich szkód mi nie narobi :) Swoją drogą - może polecicie mi jakieś dobre produkty do jamy ustnej? Szczególnie te odświeżające i wybielające? 

środa, 12 marca 2014

Tanie mgiełki do ciała na wiosnę :)

W szkole zapach jest ważny, w pracy jest ważny, w sklepie jest ważny. Zawsze jest ważny i nie zawsze antyperspirant wystarczy, by czuć się komfortowo. Może niektóre z Was to zdziwi, ale ja chętniej sięgam po mgiełki do ciała, niż po perfumy. Oczywiście - piękny flakonik, równie piękny zapach - to jest to! Jednak zdecydowanie mam częściej ochotę na coś lżejszego. I co z tego, że muszę się psikać co dwie godziny! 

Swoją przygodę z mgiełkami Playboy zaczęłam od mgiełki VIP w złotym opakowaniu. Jest bardzo wyrazista, nie jest to delikatny, dziewczęcy zapach. Lubiłam ją, aczkolwiek w związku ze zbliżającą się wiosną, chciałam czegoś nieśmiałego, słodkiego, choć wiadomo - niemdłego. 
Wybrałam mgiełkę Playboy z nowej serii Play it Pin Up oraz klasyka Play it Sexy. Oba zapachy przypadły mi do gustu. Są całkiem podobne, troszkę tylko się różnią. Play it Pin up w moim odczuciu jest bardziej dziewczęcy, idealny na wiosnę, słodki, odrobinę za słodki i nie taki oczywisty. Ma coś w sobie, niewątpliwie! Jakby wata cukrowa..nie... nie wiem, w każdym razie to zapach z głębią. Natomiast Play it Sexy kojarzy mi się z ciepłymi wieczorami - landrynka idzie tu w parze z nutką elegancji :) Oryginalnością według mnie już niestety błysnąć nie może. 

Pin Up - nektar brzoskwini, aromat pralinek, jaśmin 
Sexy - różowy grejpfrut, mandarynka, jaśmin 

Żeby nie przesłodzić - powiem, że denerwuje mnie mocno wyczuwalna woń alkoholu w tych mgiełkach. Owszem, za cenę 15 zł nie można wymagać i wymagać, ale to istotna wada. Dobrze, że przynajmniej nieprzyjemny aromat szybko się ulatnia i zostawia na skórze prawidłowy zapach. Utrzymuje się, jak już powiedziałam z 2, może 3 godziny. Choć wiadomo - to zależy od skóry :) 

Macie mgiełki Playboy? Lubicie się z nimi? Jestem bardzo ciekawa, która podbiła Wasze serca..a może zupełnie przeciwnie..która Was rozczarowała? 

wtorek, 21 stycznia 2014

O słodkim zestawie od Perfecta

Witajcie! :) Strasznie mi przykro, że ostatnio tak rzadko tu zaglądam. Niestety nie jestem w stanie tego zmienić. Praca i szkoła to dwa obowiązki, które zjadają mój cenny czas i wysysają ze mnie każdą cząstkę energii. Dziś na szczęście zrobiłam sobie wolny dzień i zamierzam spędzić go w domu; posprzątam, pobloguję, ułożę stertę ubrań przewalających się w szafie... no i może skoczę po resztę studniówkowych zakupów! Trochę ich mi zostało, a czasu by gdzieś wyskoczyć, jak zawsze brak ;)

Opowiem Wam trochę o słodkiej, różowej i niezwykle dziewczęcej serii kosmetyków do ciała od firmy Perfecta. Niewątpliwie przyciąga uwagę swoimi opakowaniami, zapachami może nieco mniej..
Ja posiadam dwa produkty - peeling do ciała i krem do ciała Sugar Baby. Oba produkty są zamknięte w dosyć miękkiej tubie - praktycznej, poręcznej. Ich konsystencja jest w miarę gęsta - nie wylewa się i nie ucieka między palcami. Zapach to dla mnie czysta chemia...przypomina mi tanie mydło..

Zacznę od kremu do ciała, bo z nim kompletnie się nie polubiłam! Wygląda na treściwy kosmetyk, który może nawet w tak mroźne dni zregenerować naszą skórę, ale uwaga - nic z tego! Bardzo szybko się wchłania i równie szybko przestaje działać. Niby nieco odżywia, nawilża, ale po godzinie skóra znów jest sucha i nieprzyjemna w dotyku. Do tego brzydki, sztuczny zapach.. który z kolei utrzymuje się na ciele przez jakiś czas. Nie, nie i jeszcze raz nie. Zdecydowanie odradzam Wam zakup go!

Peeling sprawdził się dużo lepiej, na szczęście! Pozornie wydaje się być za delikatny, jednak porządnie usuwa martwy naskórek i sprawia, że skóra jest miękka. Nie wysusza, nie podrażnia, jest całkiem wydajny. Naprawdę, gdyby nie zapach to zupełnie nie miałabym do czego się przyczepić. Lubię go, ale jeśli miałabym się na niego skusić ponownie, wybrałabym inną wersje zapachową, bowiem Sugar Baby to nie moja bajka, mało tego wątpię aby komukolwiek przypadła do gustu! 

Cena: ok. 17 zł / sztuka
Pojemność: 200 ml

Co myślicie o tej serii? Podbiła Wasze serca, czy niekoniecznie? ;)

środa, 8 stycznia 2014

Kilka mini recenzji - nowy olej do włosów, balsam ujędrniający i słodki zapach od Tiger

Cześć! :) Piszę do Was z samego rana, gdyż wczoraj wieczorem padłam na łóżko, jak tylko dotarłam do domu, a dziś popołudniu - wiadomo, będę na zajęciach. Jestem wyspana, czuję się świetnie i gdyby pierwszy nie był język angielski, śpiewałabym ze szczęścia :DDD Zapraszam Was na trzy mini recenzje, pełne i szczegółowe zapewne się nie pojawią, dlatego w kilku zdaniach postaram się zawrzeć wszystkie niezbędne informacje na temat tych produktów. Jestem z nich bardzo zadowolona i szczerze je polecam. 
Zapach Tiger Fit to ani Dior, ani też Chanel, a mimo to budzi zainteresowanie otoczenia. Pozytywne, rzecz jasna! Jest słodki, przyjemny, mega dziewczęcy. Kojarzy mi się z latem i świeżymi cytrusami :) Idealny na co dzień, do odświeżenia się w trakcie dnia. Nawet trwałość zaskakuje! :D Pojemność to 100 ml, a opakowanie to oryginalna, blaszana puszeczka, która cieszy oko. 
Olej lniany to nowość w mojej pielęgnacji włosów. Jest tani i dostępny w praktycznie każdej aptece. Działa cuda! Już po pierwszym użyciu widziałam różnicę, co w przypadku olejów jest rzadki zjawiskiem (przynajmniej jeśli chodzi o moje włosy :)). Świetnie zmiękcza, nabłyszcza, ułatwia rozczesywanie i nawilża. Odrzuciłam na bok wszystkie inne oleje - arganowy, z orzechów włoskich, ze słodkich migdałów.. Teraz numer jeden jest tylko i wyłącznie olej lniany. Koniecznie musicie spróbować :) 
Balsam od Eveline to chyba najlepszy wybór na okres zimowy. Bardzo mocno rozgrzewa! Czasami zastanawiam się, czy aby nie za mocno! Czy zwalcza cellulit? Raczej nie.. W walce z nim, musimy pomyśleć nad zdrową dietą i ćwiczeniami, same kosmetyki sobie nie poradzą, choć przyznam, że fajnie ujędrnia skórę. Początkowo zabierałam go siostrze, teraz mam go dla siebie i stosuję codziennie :) Na pewno kupię ten kosmetyk ponownie. Polecam też używać go przed lub/i po treningu. 

Miałyście któryś z tych kosmetyków? Jakie są Wasze odczucia? Miłego dnia! :)

piątek, 6 grudnia 2013

Pachnący ulubieniec - tani i skuteczny

Cześć! Nie wiedziałam, że w 2 tygodnie można niemal pochłonąć całe opakowanie peelingu do ciała, ale owszem - jest to możliwe. Jeśli sięgamy po niego dzień w dzień, przy każdej możliwej okazji, jest to nawet pewne. I tak się stało z bajecznym zdzierakiem, który otrzymałam od firmy Farmona
Piernikowy peeling cukrowy do ciała "Korzenne pierniczki z lukrem" pochodzi z serii Sweet Secret. Jego pojemność to 225 g, a cena ok. 13 zł. Zacznę od zapachu - to kompozycja dla wielbicielek świątecznych aromatów - intensywnych, słodkich, korzennych. Mi osobiście bardzo się podoba, choć czasami trochę męczy. Konsystencja jest zbita, dość gęsta, niestety przykładająca się na wydajność niekorzystanie..Z drugiej strony - ponad 10 aplikacji przy pojemności 225 g to mało? Same oceńcie. 
Jak prawie każdy peeling cukrowy dobrze radzi sobie z naskórkiem. Nie jest barbarzyńskim zdzierakiem, ale o delikatności też ciężko mówić. To coś pomiędzy, złoty środek, idealny dla skóry wrażliwej, i dla skóry wymagającej porządnego wygładzenia. Po aplikacji pozostawia lekki, tłusty film, który zupełnie mi nie przeszkadza. O właściwościach nawilżających, czy regenerujących nie ma mowy. 
Dlaczego więc trafił do ulubieńców? To na pewno przez zapach, ale.. muszę przyznać, że prawidłowo wykonuje swoje zadanie. Świetnie wygładza skórę, pozostawia ją miłą w dotyku i oczywiście przepięknie pachnącą. Stosowanie tego peelingu to dla mnie czysta przyjemność. Aż chce się go zjeść! 
Miałyście go już? Jak wrażenia? Jesteście zadowolone? :)

niedziela, 24 listopada 2013

Pierniki z lukrem, czyli zestaw od Farmony :D

Jak mija Wam niedziela? :) Ja jakoś nie mogę pogodzić się z myślą, że weekend dobiega końca! :O Jeszcze nie tak dawno, nie dowierzałam, że piątek się kończy i mam chwilę wytchnienia. No cóż.. tydzień zapowiada się całkiem fajnie, trzy dni praktycznie wolnego, bo wpadam do szkoły tylko na próbne matury, semestr mi się kończy,, nauki nie jest aż tak dużo. Mam nadzieje, że będę tu zdecydowanie częściej :) 
Kilka dni temu, w czwartek, czy środę po ciężkim dniu, dotarła do mnie na pocieszenie paczka z zestawem kosmetyków marki Farmona. Bardzo ją lubię i jest u mnie jedną z pierwszych pod względem zapachów. Serwuje nam aromaty, które zawsze, lub prawie zawsze kuszą i pobudzają apetyt :) 
Taki zestaw możemy dostać za ok. 25 zł. Widziałam go w Hebe i mamy kilka do wyborów. Między innymi dwie nowości - korzenne pierniczki z lukrem, czyli ten który otrzymałam, oraz muffinki orzechowe.