Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki do twarzy. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 marca 2015

3 x na TAK

Obiecuję, tym razem już naprawdę, że z Avonem trochę przystopuje, bo w końcu kosmetyczny świat nie kręci się tylko wokół nich. Ale mniejsza o to. Po prostu po sporych zakupach katalogowych chciałam Wam troszkę przybliżyć moją ulubioną serię. Zapasów jeszcze nie zużyłam, więc gwarantuję, tym postem kończę ciąg recenzji kosmetyków Avonu. Planet Spa zawsze było i będzie najmocniejszą serią tej firmy. Dziś ich trzy maski do twarzy - Perfectly Purifying, Bali Botanica oraz Amazonian Treasures. Wszystkie mają po 75 ml i kupiłam je za ok. 10 zł. 
(ps. moja uwaga do opakowań! Nie wiem z czego je zrobili, ale cholernie się brudzą i co gorsza, nie można tego doczyścić. Niby drobiazg, tylko strasznie irytujący, bo psuje mi całą estetykę zdjęć :D )

Zacznę od tej, która najlepiej sprawdza się przy mojej cerze. Jest to oczywiście błotna maska, Perfectly Purifying z minerałami z Morza Martwego. Jej głównym celem jest walka z nadmiarem sebum, z odświeżeniem skóry i z widocznością porów. Nie lubię koloryzować i nie powiem, że pory znikają, skóra cały dzień się nie błyszczy, a przy tym jest nawilżona. Takie cuda może zdziałać PS, nie kosmetyk. Jednak oceniając produkt realnie, gwarantuję ze swojej strony, że posiadaczki skóry tłustej/mieszanej będą zadowolone. Maska ma gęstą konsystencje, mimo to jest dosyć wydajna. Przyzwoicie skórę oczyszcza, nie podrażniając jej przy tym. Efekt błyszczenia się faktycznie jest zmniejszony. Działań regenerujących nie zauważyłam, ale to nie idzie w drugą stronę. Tych niepożądanych - też brak. 
Odświeżająco-ochronna maska z brazylijskimi jagodami Acai, Amazonian Treasures urzeka już na samym początku swym zapachem. Jest słodki, intensywny, ale nie nachalny i drażniący. Od razu mogę powiedzieć, że absolutnie nie ma żadnych właściwości oczyszczających. To taki kosmetyk relaksujący, lekko regenerujący. Skóra po użyciu jest bardzo przyjemna w dotyku, miękka, zneutralizowana. I zapomniałabym  - niesamowicie pachnąca! A konsystencja - żelowa. 
Ostatnia, turkusowa, Bali Botanica, odświeżająca z kwiatem franglpani i trwą cytrynową w moim odczuciu nie różni się prawie wcale od wersji z jagodami Acai. Na pewno ma inny zapach, mi podoba się zdecydowanie mniej, bo kojarzę go sobie z tanim mydłem. Inna jest też jego konsystencja - kremowa, całkiem gęsta, lekko zastygająca na twarzy. Podobne działanie regenerujące ma jednak do fioletowej maski, a to chyba najważniejsze. Również skóry nie oczyszcza, ale muszę przyznać, że tylko w tej masce dopatrywałabym się właściwości konkretnie nawilżających. 
Podsumowując - porządne oczyszczenie? Zdecydowanie błotna! Na babski wieczór SPA? Polecam jagodową! Po ciężkim dniu? Tylko Bali Botanica :) Macie którąś z tych maseczek? 

piątek, 13 lutego 2015

Podkład idealny dla każdej cery

Powiedzmy, że dla każdej. Nie wątpię, że znalazłaby się kobieta, której jej oczekiwaniom kosmetyk ten by nie sprostał. Niemniej jednak ja nie spotkałam się z podkładem tak uniwersalnym, zarówno biorąc pod uwagę konsystencję jak i odcień.
Linia HypoAllegenic to w moim odczuciu jedna z lepszych serii, jakie do swojego asortymentu wprowadziła firma Bell. Jest wręcz stworzona dla wrażliwców, których skórę i oczy bardzo łatwo podrażnić. Podkład jest więc bezwonny, zupełnie neutralny, o standardowej pojemności 30 ml. 
Opakowanie jest solidne, z pompą, zabezpieczone dodatkowo kartonikiem z czytelnymi etykietami. Mój odcień to 02 - powiedziałabym naturalny, średni beż. Wydaje się być dosyć ciemny, ale na twarzy szybko dopasowuje się do naszej karnacji, nie tworząc żadnych smug i plam. 
Konsystencja jest lekka, aczkolwiek treściwa. Kremowy, średnio-gęsty podkład idealnie rozprowadza się po skórze, nie podkreślając przy tym suchych skórek, nie zbierając się w załamaniach. Odnoszę wrażenie, że posiada też właściwości nawilżające. Twarz po jego aplikacji jest niezwykle przyjemna w dotyku. Na pewno nie jest to podkład typowo matujący, choć z jego trwałością jest naprawdę dobrze. Wykończenie, które pozostawia wymaga obowiązkowo użycia pudru. 
Jeśli macie skórę tłustą lub mieszaną podkład nie powinien spotęgować efektu błyszczenia się, choć jak wspomniałam puder to konieczność. Będzie delikatny, solidnie kryjący, nieobciążający. W przypadku skóry suchej lub naprawdę przesuszonej uważam, że sprawdzi się jeszcze lepiej. Pod makijażem dyskretnie ją nawilży i nie ujawni suchych skórek. 
Dodam w skrócie, że podkład HypoAllergenic jest produktem dla osób o skórze wrażliwej, jest średnio/mocno kryjący, kremowy, trwałym, świetnie współpracującym z bazą pod makijaż HypoAllergenic. Nie roluje się, nie wchodzi w załamania i nie przesusza, wręcz przeciwnie. Koniecznie wypróbujcie, może podzielicie moje zachwyty :)  

piątek, 6 lutego 2015

Kosmetyki idealne na zimę

Hej! Strasznie rzadko tu zaglądam i zapewne będzie tylko coraz gorzej. Planuję, w sumie to już niemal pewne, że wyjadę na dłuższy okres czasu. Żyję teraz tylko tym i milionami myśli, stąd brak zapału do robienia zdjęć, pisania recenzji. Jak wszystko się ułoży, znowu będę systematyczna! Obiecuję :)
Pogoda trochę mi nie dopisała podczas pstrykania. Jak pech to pech. Dziś będzie taki luźny, niezobowiązujący temat, a mianowicie pielęgnacja zimą. Dla ignorantów to sprawa nieistotna. Ja jednak zdecydowanie odczuwam różnicę między potrzebami skóry latem, a zimą. 
Pierwszym, obowiązkowym kosmetykiem według mnie jest masło do ust Nuxe. Pachnie nieziemsko, jest naprawdę wydajne, ale co najważniejsze - natłuszcza wrażliwą skórę ust na długo. W sumie nigdy wcześniej nie miałam lepszego kosmetyku z tej kategorii. Jego cena może troszkę odstraszać, bo to wydatek ok. 30 zł, jednak - warto zainwestować. 
Kolejnym produktem jest małe masełko uniwersalne z Avonu. Przeznaczone jest do stóp, do łokci, do nadgarstków. Krótko mówiąc - do wszystkich miejsc wymagających porządnego natłuszczenia. I choć oczywiście pewnie nie sprawdzi się w ciągu dnia, to jednak będzie fajną alternatywą dla masek nakładanych na noc. Gruba warstwa tłustego masła na dłonie, do tego rękawiczki, 8h snu i gotowe! Dłonie jak nowe!
Skoro już jesteśmy w temacie kosmetyków do dłoni, nie mogłabym pominąć kremu firmy Floslek z zimowej serii. Jest naprawdę niezłe! Treściwe, przynoszące ukojenie w ekspresowym tempie, a w dodatku delikatne i nieinwazyjne dla skóry wrażliwej lub ekstremalnie przesuszonej. Kosztuje niewiele, a nacieszycie się nim przez długi czas. Must have do torebki :)

Moją fenomenalną grupę zamyka krem do twarzy Tołpa. Tak, właśnie, niby krem do twarzy, ale w moim przypadku sprawdza się idealnie jako baza pod makijaż. Nie potęguje błyszczenia się, nie namnaża sebum. Za to tworzy delikatną mgiełkę zabezpieczającą skórę przed mrozem. Jedyną wadą jest wydajność - krem znika z tubki jak zaczarowany :D 

A które kosmetyki podbijają Wasze serca zimą? 

piątek, 2 stycznia 2015

Róż za gorsze z Biedronki, oczywiście!

Dobry nastrój mnie nie opuszcza, nawet po obejrzeniu zdjęć z Sylwestra. Czy tylko ja mam tak, że patrząc w lustro, myślę sobie " nie jest źle, fajna jesteś :DDD", a później nadchodzi to okrutne zderzenie z rzeczywistością...patrzysz i nie wierzysz...ten mały pączek bez szczypty wdzięku, rozmazany, z afro na głowie, to naprawdę JA?! Why? Dlaczego los tak krzywdzi, hihi. A wychodząc z domu przypominałam błyszczącą gazelę na czerwonym dywanie, co za niesprawiedliwość! Tak to bywa, niestety. Było, minęło, nie wracam do tego. Powiem tylko jeszcze, że oby ten rok był równie udany, co poprzedni. Jeśli dla kogoś nie był udany, to 2015 musi być w takim razie udany podwójnie, innej opcji nie przewidujmy. Liczę na to, że opiłyście swoje zdrowie, swoje szczęście, swoją miłość i sukcesy, które przyjdą wielkimi krokami, w niespodziewanych momentach :) 


Wróciłam dziś do świata żywych. Głowa nie boli, w koszu leżą trzy butle wody. Ale jakaż ja jestem zmotywowana do pisania, pomijając fakt, że troszkę weny brak, zacznę od kosmetyków ładnych, kolorowych, cieszących oko i dostępnych w naszych ukochanych Biedronkach. Róże w postaci kremu, właściwie kremowego tintu marki Bell zauważyłam, kiedy to robiłam spożywcze zakupy do domu. Nie mogło być inaczej, stały sobie idealnie ułożone (szok!), niemacane, a pod nimi cena 7, czy 8 zł. Niestety kolory znalazłam tylko dwa, możliwe, że więcej nie ma, ale zadowoliłam się i tym, bo kogo nie uszczęśliwiłaby soczysta pomarańcza i równie piękny róż? 

Nazywają się Sunny Peach i Nude Rose. Ich pojemność to całe 9 g. Szata graficzna przejrzysta, estetyczna. Opakowanie praktyczne. Kiedy wydobędziemy produkty na skórę, możemy się nieco przestraszyć, gdyż kolor jest niesamowicie intensywny. Na policzku na szczęście zdecydowanie gaśnie i tworzy delikatną, subtelną, otulającą powłoczkę. 

Trwałość nie powala, ale co to za problem aplikować kropelkę? Dla mnie żaden. Moim zdaniem to świetne róże dla osób początkujących. Nie narobią sobie nimi plam i zobaczą, jak naprawdę róż powinien wyglądać na twarzy, czyli - świeżo i dyskretnie! Zapewne spodoba się też posiadaczkom wrażliwej skóry, skłonnej do przesuszenia, gdyż nie spotęgują tego problemu. Jestem z nich zadowolona. Za takie pieniądze, jakość jest na najwyższym poziomie. W lato, do lekkiego makijażu będą jak znalazł, ale też teraz, gdy szaleje wiatr i mróz okażą się przyjemniejsze niż te w kamieniu. 


Jak Sylwester? Jak Nowy Rok? I jak róże, może ktoś z Was także je ma? :)


czwartek, 25 grudnia 2014

Trochę nowości :)

Dawno już pisałam o kosmetykach marki Bell, ale na szczęście nie dam Wam o nich zapomnieć i już niedługo możecie spodziewać się nowych recenzji. Zupełnie nieoczekiwanie wpadł listonosz z paczuszką, w której znalazłam lakiery z kawowej serii i produkty, moje ulubione chyba - HypoAllergenic, dokładnie fluid matujący i bazę pod makijaż. 

Nie wiem, jak długo zajmie mi testowanie tych kosmetyków, biorąc pod uwagę fakt, że chcę im się naprawdę dokładnie przyjrzeć. Fluid (mój odcień 02) chciałabym wykorzystać tej zimy. Jest dedykowany skórze tłustej, aczkolwiek delikatnej, wrażliwej, czyli  takiej, jaką posiadam. Mam nadzieje, że działanie matujące nie będzie szło w parze z wysuszeniem skóry, a pożądany efekt utrzyma się na twarzy przynajmniej przez pół dnia, współpracując dobrze z pudrem. 

Bazy na co dzień nie używam, ale są wyjątkowe dni, kiedy może pomóc. Chociażby wesela, imprezy, czy zbliżający się Sylwester. Liczę, że faktycznie wygładzi skórę i przedłuży trwałość makijażu. Oby tylko nie zapychała, ale nie bądźmy pesymistami! W końcu prezentuje się solidnie! :)
Lakiery kuszą i swoją nazwą i opakowaniem. Posiadam numery 03 i 04. Pierwszy to piękny beż z lekką domieszką różu, natomiast drugi jest zdecydowanie ciemniejszy, takie porządnie spienione latte! Ciężko im się oprzeć! Dostępne są jeszcze dwa inne odcienie. Używałyście już tych kosmetyków? Któryś w szczególności Was zaciekawił?

Jeszcze raz! Wesołych Świąt!

niedziela, 21 grudnia 2014

Ochrona skóry zimą, czyli seria Winter Care

Z okazji Świąt od firmy Floslek otrzymałam nie tak dawno kosmetyki przeznaczone do twarzy, ciała i rąk w okresie mrozów. Wprawdzie nawet nie spadł jeszcze śnieg, ale ja głęboko wierzę, że prawdziwa zima nadejdzie i będę miała okazję sprawdzić skuteczność tych produktów. 

Krem do rąk i paznokci Winter Care ma pojemność 100 ml. Posiada w składzie keratynę i witaminę E. Jego zadaniem jest natłuszczenie skóry, zapobieganie utraty wody, efektu szorstkości. Przyznam, że oczekuję od niego wiele, przede wszystkim - treściwości. Gdy temperatura jest na minusie lekki kremik to zdecydowanie za mało dla moich dłoni. 

Krem ochronny zimowy do twarzy (50 ml) dedykowany jest skórze suchej, delikatnej i normalnej. Skórę także ochrania witaminą E, choć również olejem ze słodkich migdałów. Nie wiem, czy sprosta moim wymaganiom, jednak po doświadczeniach związanych z tą marką, mogę mieć naprawdę spore oczekiwania, bo do tej pory absolutnie wszystkimi kremami do twarzy byłam zachwycona.


Balsam do ciała regenerujący (150 ml) z tej samej serii, jak obiecuje producent, działa już od 1 użycia! Łagodzi podrażnienia, przynosi ulgę przesuszonej skórze, cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak zweryfikować te obietnice. 


A Wy co wybierzecie na zimę? Może stosowałyście już kosmetyki Winter Care? Idę piec pierniczki i pakować prezenty! Takie właśnie dni lubię!  * Więcej o kosmetykach przeczytacie na stronie marki Floslek, zapraszam do zapoznania się z asortymentem - klik.

wtorek, 25 listopada 2014

Słynna czekoladka od Bourjois 52

Skusiłam się na nią, bo zamierzałam to już zrobić dawno temu. Zawsze jak coś sobie zaplanuję, to prędzej czy później to mam. Nawet jeśli mi się odwidzi. Dziwne, prawda? Jak czaję się miesiącami na coś, nie odpuszczę. Bronzer Bourjois kupiłam podczas promocji 1+1 Rossmanna, moim zdaniem wcale nie aż tak opłacalnej. Jego cena wówczas wynosiła ok. 60 zł . Wiadomo jednak, że na potrzeby oferty wszystkie ceny zostały zawyżone, więc zapewne teraz można go dostać taniej. 

Numer, który trafił w moje ręce to 52 (16,5 g). Wzięłam go w ciemno, ewidentnie! Śpieszyłam się do pracy i powędrowałam do kasy z pierwszym lepszym, byle niemacanym, z brzegu. Miałam szczęście, bo w środku uroczego opakowania nie znajdowała się roziskrzona bombka, ani gorzka, niemal czarna czekoladka. Ta jest taka mleczna, uniwersalna, nieprzesadzona, przyjemna. 

Zacznę może od zapachu, bo nie jest on neutralny. Trochę perfumowany, słodki, zupełnie mi to nie przeszkadza, aczkolwiek wolę kosmetyki bezwonne. Opakowanie jak już wspomniałam jest ładne, tylko mam do niego jedno zastrzeżenie - jest liche, zdecydowanie lepiej sprawdziłoby się plastikowe. Bronzer posiada drobinki, choć nie są one nachalne, trochę nawet niezauważalne. Kolor trudno mi opisać. Zawsze myślałam, że jest dosyć chłodny, teraz twierdzę, że kategorycznie należy do ciepłych i z takimi też makijażami go łączę. 

Co do trwałości - u mnie wytrzymuje kilka dobrych godzin w pracy, a nawet po pracy. Gdy już traci na swojej intensywności, schodzi równomiernie, nie robi plam, raczej niemożliwym jest zrobienie sobie nim krzywdy na twarzy. To dobry bronzer dla początkujących. Idealnie sprawdza się na kościach policzkowych, dodaje świeżości i wdzięku. Kojarzy mi się z takim typowym, letnim makijażem no make up. Szum morza, wiatr, mokre włosy, kolorowe usta i opalenizna podkreślona właśnie tą niepozorną czekoladką. Nie oznacza to jednak, że teraz po nią nie sięgam. Od dobrych kilkunastu dni towarzyszy mi codziennie. I śmiem sądzić, że przebrniemy razem przez zimę!

Na koniec jeszcze bronzer na skórze. Bez żadnych złudzeń, jego ciepło aż bije! Uciekam oglądać True Blood, a później czytać książkę Lewandowskiej. widzimy się jutro! :)

środa, 12 listopada 2014

Lekki jak piórko - Clinique, Anti Blemish Solutions

Przykro mi, że długo mnie nie było, ale to chyba tak tylko chwilowo. Kilka rzeczy uległo w moim życiu zmianie i muszę się do tego przyzwyczaić. A to z kolei sprawiło, że potrzebowałam czasu. Natomiast jego jest zawsze za mało! I taka oto powstała plątanina prosto z mego dnia codziennego. 

Ale prywatami zajmę się innym razem, przy innymi wpisie. Dziś podkład, który polubiłam od pierwszego użycia. Kojarzy mi się z latem, świeżym makijażem, lekkością. Jest taki inny, kryjący, ale nie tapetujący, konkretny, a zarazem nieodczuwalny, dosyć płynny, choć treściwy, naprawdę dobry, tylko czy nie mógłby być lepszy? Mowy nie ma! W zupełności spełnia oczekiwania mojej skóry :) 

Jak wspomniałam - kryje na przyzwoitym poziomie, nieźle się aplikuje, nie zostawia smug, nie wysusza, współpracuje z innymi kosmetykami, jest wydajny. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić byłoby to wykończenie - dla mnie zbyt dużo błysku, za mało matu, ale od czego mamy bibułki matujące i porządne pudry? Podkład ma za zadanie przede wszystkim wyrównać koloryt skóry - Anti Blemish Solutions i z tym radzi sobie naprawdę fajnie.
01 jest jasny, nawet bardzo
Kończąc już, bo trzeba iść spać, jutro praca do późna..polecam ten podkład szczególnie w okresie letnim - jesiennym, choć może i teraz się sprawdzi. Warto zainwestować trochę więcej kasy i mieć go w swojej kosmetyczce. Miłego dnia! Właściwie - nocy. 

wtorek, 28 października 2014

Niegdyś biedronkowy hit

Kto ich nie pamięta? Kto ich nie miał? Zdjęcia zrobiłam już dawno, dawno temu, a kompletnie zapomniałam o nich napisać kilka słów. A przecież, nie obeszły się bez szumu w blogosferze.

Plasterki celujące centralnie w nasz nos przywracały nadzieje na pozbycie się zaskórników i innych nieprzyjemności. Purederm dostępne były w Biedronce, ale możemy je spokojnie znaleźć w innych sklepach, lub najłatwiej - przez internet. Kosztują do 10 zł. Znana jest mi wersja klasyczna i zielona herbata (czerwone i zielone opakowanie). W moim odczuciu jednak prawie niczym się nie różnią. 

Nie będę ukrywać. Dla mnie zachwyt nimi jest nieco rozdmuchany. Plasterki dobrze przylegają do nosa, ale po ich odklejeniu przeżywamy małe rozczarowanie. Nie ma efektu "wow". Śmiem twierdzić, że lepszy uzyskamy za pomocą dobrego peelingu, czy maseczki oczyszczającej. Z lekkim niedowierzaniem czytałam pozytywne recenzje. Nie twierdzę, że plasterki nie robią nic, jednak na pewno nie jest to natychmiastowa rewelacja, a nawet regularne stosowanie owej rewelacji nie przyniesie. Szczególnie wersja czerwona. W zielonej jest jakiś cień nadziei. 

Coś tam oczyszcza, niewiele bo niewiele. Ale nie mogę powiedzieć, że wcale. Byłoby to jakąś zaletą, gdyby nie fakt, że okropnie skórę wysusza. Zdecydowanie jestem na nie i to już kolejny biedronkowy hit, który u mnie się nie sprawdził. Mam do nich pecha. 

sobota, 25 października 2014

Wasz hit, mój kit

Dosyć często mam tak, że to, co w blogosferze urasta do rangi hitu, w moim przypadku okazuje się kompletnym bublem i nieporozumieniem. Tym razem nieznośnym dla mojej skóry, ale też i oczu..

Płyn micelarny BeBeauty z naszej cudownej Biedronki chyba ma już każda kobieta. Niektóre wykupywały go nawet hurtowo, porównywany bywa do najlepszych. Rzekomo jest świetny, a do tego tak niewiele kosztuje. Jak mogłam nie wypróbować? Najpierw sięgnęłam po niebieską wersję, którą ma moja siostra. Ból, pieczenie, zmywam. Oczy go nie polubiły. Nie poddałam się. Spróbowałam różowej, bo przecież ta na pewno lepiej się sprawdzi, to hit! 

Nie sprawdził się. Początkowo nie powodował pieczenia, ale sposób w jaki usuwał makijaż pozostawiał wiele do życzenia. Męczyłam się i męczyłam, i zużywałam całą masę wacików. W połowie nielubianej butelki oczy, a nawet i skóra zaczęły reagować na niego niemal alergicznie. 

I to jest płyn micelarny do skóry delikatnej i suchej? Albo niebieski - do wrażliwej?! Oj, mówię mu stanowcze nie. U tych z Was, u których się sprawdził - można pozazdrościć. Mi nie zostaje nic innego jak dopłacać i sięgać po swoje sprawdzone kosmetyki do demakijażu. 

Może ktoś też miał z nim niemiłe przygody? Powiedźcie, że tak, bo zacznę myśleć, że krąży nade mną fatum, przez które wszystkie ulubieńce blogosfery kompletnie się u mnie nie sprawdzają. 

czwartek, 23 października 2014

Podkład jak..waniliowy budyń

Czasami, a nawet dosyć często zdarza się, że kosmetyk jest jednocześnie mega hitem i paskudnym bublem. I tak też było tym razem - z korzyścią dla mnie. Zyskałam bowiem podkład dobry dla mojej skóry, w pełni zaspokajający jej potrzeby. 

(nie wiem czemu tak wyszedł, ale podkład nie jest zmieszany z kremem, czy rozwarstwiony!)
Revlon PHOTOREADY (odcień 002 Vanilla) to według mnie świetna alternatywa dla sławnego Colorstay. Jest lżejszy i z pewnością zrobienie sobie krzywdy na twarzy w formie maski jest mało prawdopodobne. Posiada półpłynną konsystencję, szybko się rozprowadza. Kryje w stopniu średnim (ale myślę, że większość kobiet nie wymaga mocniejszego), więc na większe niedoskonałości, lub na przebarwienia proponowałabym jednak korektor (np. świetny z NYX'a). 

Sam może nie być trwały i skóra skłonna do błyszczenia się na pewno nie będzie wyglądać dobrze. Z   dopasowanym pudrem i korektorem tworzy zestaw niezastąpiony każdego dnia. Jego wykończenie dla mnie jest takie właśnie na co dzień. Delikatne, dziewczęce, naturalnie i w pozytywnym tego słowa znaczeniu - świecące. Nie każdy to lubi, więc wielbicielki perfekcyjnego matu, idealnej gładkości, stu procentowego krycia, zakup powinny porządnie przemyśleć. Colorstay kojarzy mi się z zimą, wielkimi uroczystościami lub geometrycznymi, czysto twórczymi makijażami. Ten natomiast to przywołanie wiosny, subtelności, całego tego czaru, który siedzi w kobiecie :)

wtorek, 7 października 2014

Cud, miód - ulubiona maseczka z peelingiem

Nie wierzę, że mogłam na tak długo zostawić swojego bloga i normalnie funkcjonować! Nie przywykłam do długich, męczących wykładów, przyznaję szczerze. To dopiero początek i staram się ich nie opuszczać, nawet trochę słuchać, robić notatki. Wierzę, że po jakimś tam bliżej nieokreślonym czasie, nauczę się organizować sobie wolne chwile. I na przykład jutro mam free day :) Na pewno porobię zdjęcia i wrócę do blogowej rzeczywistości :) Zawsze twierdziłam, że są zawody mniej i bardziej pożyteczne. Te, które stały u mnie na jakby to powiedzieć..najwyższym szczeblu przydatności były związane z zamiłowaniami artystycznymi  i z niesieniem pomocy dla drugiej osoby. Drugą drogą podążam małymi kroczkami już teraz i tytuł przyszłej pani pedagog z uprawnieniami do pracy z niepełnosprawnymi dziećmi dodaje mi motywacji by zwlec się rano z łóżka i lecieć na uczelnię. Pierwszej trasy nie rozpoczęłam, ale kurs z wizażu i charakteryzacji wielkimi literami widnieje na mojej liście celów do realizacji. 


Dobra, rozgadałam się. Nieobecność sprawiła, że poczułam nieodpartą chęć produkowania się i produkowania. Jeszcze nie zdążę opowiedzieć o moim ostatnim ulubieńcu, a naprawdę jest on warty osobnej recenzji. Maseczki do twarzy Montagne Jeunesse od zawsze były moimi faworytkami. Miałam już czekoladową, brzoskwiniową, ogórkową, czy waniliową. Przeszedł czas na miodową i to był strzał w dziesiątkę, najlepsza z najlepszych :)


Posiada ona drobinki cukru, więc pełni też rolę peelingu. Zalecane jest podgrzanie produktu przed aplikacją. A ona sama przebiega naprawdę przyjemnie dla zmysłów! Po pierwsze - zapach. Spotkałam się kiedyś ze stwierdzeniem, że pachnie niczym guma balonowa, co dla mnie jest totalną abstrakcją. To zapach miodu, ale taki subtelny, inny, nieznany mi dotąd. Po drugie - konsystencja. Dosyć gęsta i żelowa. No i po trzecie - wspomniane drobinki. Dzięki nim robimy sobie podczas nakładania maseczki masaż. 

Kosmetyk złuszcza skórę, ale w sposób nieinwazyjny. Pozostawia ją oczyszczoną, pięknie pachnącą, świeżą i miłą w dotyku. Jeśli czujecie, że Wasza skóra potrzebuje szybkiego SPA, wybierając się do drogerii (np. Hebe) zwróćcie uwagę na tę maseczkę, choć nie tylko na tę. Cała linia Montagne Jeunesse moim zdaniem jest po prostu fenomenalna. Koniecznie muszę wypróbować też ich maseczek do włosów, ale niestety nigdzie nie mogę ich znaleźć...


Miłego wieczoru! 

poniedziałek, 22 września 2014

Coś tu nie gra!

Cześć! :) Humor mi dopisuje, studia przerażają, motywacji do blogowania nie brakuje, ale jeszcze gdzieś tam wakacyjny leniuch się za mną ciągnie. Jestem trochę rozbita. Z jednej strony cieszę się ze zmian, które wiecznie gdzieś się przewijają w moim życiu, z drugiej natomiast tęsknię za spokojem. Oczywiście nie mam na myśli nudy, rutyny, tylko pewne stałe lądy, dzięki którym czujemy się bezpiecznie. Nieważne, tak czy inaczej, tej nocy mam trochę czasu i zamierzam poprzeglądać sobie Wasze blogi. Ostatnio, czyli dobry kawał czasu temu, gdy tak sobie czytałam, oglądałam strony naprawdę znanych, w sensie znanych mi blogerek, bo prowadzą blogi kilka lat, lub 3-4 tak jak ja, to aż odechciało mi się. Myślę, że nie przesadzę jak powiem, że reklama totalnie zjadła blogosferę, a  granica jej dobrego smaku, dawno zanikła. 

Pozostawię ten przykry temat i przejdę do sedna - czyli do podkładu jedej z moich ulubionych marek - Max Factor, rzecz jasna. Kusił mnie odkąd tylko pojawił się w drogeriach. Wyobrażałam sobie lekki, choć konkretny mus wymieszany z porządnym kremem. Moje rozczarowanie było wielkie.

Whipped Creme na pewno przyciąga. Ma fajne opakowanie, cena ok. 40 zł również wydaje się być atrakcyjna. Odcienie, a przynajmniej mój 50 pasuje co drugiej Polce - naturalny, jasny/średni beż, bez różowych tonów, idący bardziej ku tym żółtym. Na twarzy nie ciemnieje, co jest ogromnym plusem. Dobrze się rozprowadza, jest całkiem gęsty, jednak wyraźnie czujemy tę lekkość. Kryje rzeczywiście przyzwoicie. Z lekkimi przebarwieniami na pewno sobie poradzi.

Co więc aż tak mnie zniechęciło? Przede wszystkim wykończenie, które miało być półmatowe. Matu nie dostrzegam żadnego. Mało tego, podkład ten sprawia, że bardzo szybko moja skóra zaczyna się błyszczeć i nie jest to wina pudru. Nigdy tak nie miałam. Kolejną wadą jest moim zdaniem gładkość, a w zasadzie jej brak. Producent obiecuje wygładzoną skórę, naturalną, nawilżoną. Po aplikacji niestety jestem posiadaczką cery zapchanej, zrogowaciałej i jak już powiedziałam, niemiłosiernie błyszczącej się. 

Nie wiem, jakie są Wasze odczucia względem tego podkładu. Dla mnie to niewypał. Podkład powinien przedłużyć działanie pudru, a nie wypływać na nie tak niekorzystanie. 

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Ideał, no prawie

Chyba gorszej wizji odnoszącej się do mojego blogowania nie mogłam sobie wyobrazić. Zaniedbałam stronę, jak tylko się dała. Po pierwsze i co najważniejsze - praca. Pracuję cały czas, bez przerw, ciągle. Taak trudno znaleźć chwilę na zdjęcia i pisanie.. Po drugie - wyniki matur - stresujące wydarzenie, ale zdałam, tak, zdałam, mogę się pochwalić, choć wyniki są beznadziejne. Po trzecie - szukanie szkoły, szukanie pomysłu na swoją dalszą edukację. Wszystko już za mną, nie licząc pracy, dlatego spokojnie mogę wrócić. A gdyby nie fakt, że dziś również pracuję, a jestem przeziębiona, to nawet miałabym dobry humor!

Dziś trochę o Inglocie, naszej polskie marce, porównywalnej niekiedy do Maca (trochę przesada). Bardzo lubię ich kosmetyki do twarzy, jak i do ust. Bardzo lubię też ich opakowania - sama klasa. Lubię ich też za przystępne ceny. Po prostu lubię Inglot, prawie tak jak sieciówkę Reserved. 

Kiedy skończyły mi się wszystkie pudry, jakie tylko miałam (o rany, co za blogerka ze mnie :DDD), zdecydowałam się na popularny produkt właśnie z Inglota w równie popularnym odcieniu 04 - jasny beż, bez różowych tonów. Kosztował 29 zł / pojemność 8 g, opakowanie okrągłe, puder prasowany z lusterkiem i gąbeczką. Myślę, że atrakcyjna cena i atrakcyjny kąsek. 

Minusa ma u mnie za wydajność, niestety. Używam pudru może 2 tygodnie a już dobijam do dna, co nieco mnie martwi. Jest ciężki, zdecydowanie, dobrze współpracuje z korektorem, jednak z podkładem już niekoniecznie, często tworzy wówczas niechciany efekt maski. Mi to odpowiada - w lato nie używam bowiem podkładów, czy fluidów, stawiam właśnie na duet - korektor + puder. 

Czasami podkreśla suche skórki, ale skóry nie wysusza. Zazwyczaj wygląda na twarzy przyjemnie i naturalnie. Ładnie stapia się ze skórą, dobrze kryje niedoskonałości, matuje na dobrych kilka godzin. Na pewno do niego wrócę i Wam również z czystym sumieniem go polecam! Miłego tygodnia!